Batyr Narodu – odcinek 4 „Kohabitacja”

Grafika: Max Skorwider

– A co to jest ta kohabitancja? – zapytał Batyr Narodu wpatrując się w lusterko. Postawił je sobie na biurku, takie ładne w plastikowej, złotej ramie i oparł o stertę książek o Nikosiu. Czekały na autografy i dedykacje, tyle ze na razie nie było komu ich podarować. Chciał je zabrać na spotkanie w Ameryce, ale na razie nie zadzwonili z zaproszeniem, więc książki czekały a lustro przyniesione z łazienki na korytarzu spoglądało na niego i uśmiechało się do niego niewyraźnie jego własnymi ustami. Kazał przenieść to lustro, bo chciał przećwiczyć wszystkie miny i podnoszenie brody w górę, bo to ważne, żeby podczas przemówienia podnosić brodę i pokazywać silny podbródek, świadczący o sile przemawiającego. Tak kazał mu robić Szacher Macher, który się gdzieś zawieruszył. Nie było go nigdzie widać, podobnie jak Andruszkę, którego nigdy nie było widać, bo był za mały żeby rzucać się w oczy. 

– Kohabitacja – poprawił go profesor Cieńkiewicz, który swoim zwyczajem przeglądał akurat dzienną porcję kilkudziesięciu teczek agentów. Nie był w zbyt dobrym humorze bo nie znalazł niczego ciekawego i nie miał z czego ukręcić nowego haka. Ale to jego zdenerwowanie było niczym w porównaniu z tym jakie było dziś udziałem Przydatnego. Przydatny chodził po gabinecie w tę i wew tę licząc na to że jeśli będzie tak chodził to Batyr nie zapyta go o ten milczący telefon. Ale Batyr nie zapytał, bo pytał już dwie minuty temu. Teraz zainteresował się trudnym słowem.

– To niby co to jest ta kolaboracja?

– Kolaboracja to współpraca, a kohabitacja, to trudne współżycie – wyjaśnił Cieńkiewicz.

– Trudne współżycie? Że niby facet chce a żona mu mówi, że ją łeb boli? – domyślił się Batyr.

– No prawie – odpowiedział Przydatny. – Tu się rozchodzi o to że mamy trudne stosunki z rządem.

– Co! Masz stosunki z rządem? Z całym rządem na raz? Przecież to jest Sodomia i Gomoria.

– Nie – przydatny pokręcił szybko głowa. – Idzie o to że nie możemy się z nimi dogadać. Tak jak choćby dzisiaj. Jak z tym telefonem.

– A, że nie dzwoni?

– No właśnie. 

– A czemu nie dzwoni? – zapytał Batyr spoglądając z zaciekawieniem na słuchawkę. – Przecież gadałeś wczoraj, że mamy być spokojni ba nas zaproszą.

– Tak jest, Przydatny tak wczoraj gadał! – odezwał się nie wiadomo skąd Andruszko. Było go słychać, ale jak zwykle nie było widać.

– No gadałem, że zadzwonią bo żeśmy się tak umawiali – stwierdził Przydatny i znów zaczął nerwowo krążyć po gabinecie. – Sami słyszeliście jak ten gość po amerykańsku mówił, po tej wideokonferencji, że we will call you later. No to jak tak powiedział to znaczy się, że mieli zdzwonić, żeby nas zaprosić.

– Lejter sreter! Lepiej żeby nie zadzwonili – Batyr popatrzył jeszcze raz na telefon, a potem na zegarek. Było już dość późno, a umówił się z chłopakami na siłkę. Jeśli teraz zadzwonią, to siłka przepadnie i trzeba będzie lecieć. – A nie można by zrobić tak żeby powiedzieć im – wskazał telefon – że my już jesteśmy umówieni na trzeciego września, to po cholerę tam mamy jeszcze teraz lecieć? Niech se leci ten Rudy. On umie nawet po angielski z nimi gadać. Przynajmniej jak się tam nie dogadają to będzie na niego,

– No ale myśmy przecież mu powiedzieli że prezydenta bierzmy na siebie – przypomniał Profesor Cieńkiewicz.

– Ale nie mówiliśmy którego! – zwołał Przydatny. – Możemy powiedzieć, że chodziło nam na przykład o prezydenta Finlandii.

– Nic z tego – odparł Cieńkiewicz. – Finlandczyk poleciał. – Trzeba powiedzieć, że Rudy nie zrozumiał w czym rzecz jak żeśmy się z nim spotkali ostatnio. Była umowa, że za zagranicę to on odpowiada.

– No to możemy lecieć – Batyr zatarł spracowane dłonie poznaczone odciskami. – A jak zadzwonią na komórkę?.

– To powiemy im, że mamy trudną kohabitację – stwierdził Przydatny, zadowolony że udało mu się rozwiązać trudny problem zagraniczne polityki.

– I że samolot nam uciekł – dodał Andruszko, ale nikt go już nie usłyszał. Zrobił się za duży rumor, gdy Bartyr zerwał się ze swojego siedzenia i zaczął pakować graty na siłkę, a Cieńkiewicz zabierał do domu co cenniejsze teczki, żeby poczytać w łóżku. I wtedy zadzwonił telefon. 

Spojrzeli po sobie. Przydatny położył palec na usta i wskazał drzwi. Wszyscy zrozumieli w czym rzecz. Ruszyli na palcach ku wyjściu. Niech się Rudy martwi.

Dodaj komentarz