Dzienniki Iwańskiego
Nadwarciańska niecka
Poznań,
Sobota, 24 czerwca 2023 roku
Godzina 8.40
I
Zamek zazgrzytał piskliwie, gdy Janina próbowała przekręcić w nim klucz do mieszkania. Axel, jej niespełna roczny owczarek niemiecki zniecierpliwił się. Spojrzała na zegarek. Ósma czterdzieści. Bartek nie przyszedł pomóc jej z psem, mimo, że się umówili. Musiała zdążyć ze wszystkim sama. Już była w niedoczasie!
– Andrzej! Zamek miałeś nasmarować! Od tygodnia cię proszę.
– Zamarynować? – z kuchni odpowiedział jej niepewny, drżący głos. – Wczoraj marynowałem. Dziś tylko wstawimy do piecyka i na wieczór żeberka będą gotowe.
Choć był ukryty przed jej wzrokiem za dekoracyjną ścianką, kobieta potrafiła wyczuć cwany uśmiech dyskretnie odbijający się w głosie męża. Janina westchnęła, na wpół zirytowana na wpół rozbawiona.
– Widziałam przy śniadaniu, że założyłeś już aparat.
– Zawsze warto spróbować – odparł wesoło. Przyczłapał na korytarz, szurając laczkami z drutem w dłoni. – A zamek jest nasmarowany, po prostu znowu zatkałaś klucz. A mówiłem, nie noś go luzem w torebce!
Janina przyglądała się, jak Andrzej począł wydłubywać paprochy z cylindra jej klucza, usypując z nich górkę na ławeczce do zakładania butów. Gderał jej przy tym o nieposprzątanej torebce i tym, że dalej nie sprawiła sobie pokrowca na klucz. Słuchała go jednym uchem, w głowie kompletując już listę porannych zakupów. Zaczynała też martwić się o wnuka. Zawsze był przecież słowny!
– Kupić ci coś? – przerwała Andrzejowi monolog, gdy drzwi stanęły już otworem. Axel tak się ucieszył, że niestety popuścił z radości.
– Jabłek mi nazbieraj, Janinka – odparł, schylając się by posprzątać po psie. Kolana chrupnęły mu w trakcie tej czynności a jej wydało się, że dźwięk echem poniósł się po klatce schodowej. – Zrobię dla nich szarlotki z lodami.
Kobieta kiwnęła głową i schyliła się, by dźwignąć szczeniaka. Musiała znieść go po schodach, żeby mały nie nabawił się zwyrodnienia stawów. Stęknęła cicho, bo po sześćdziesiątce takie czynności stanowiły już wyzwanie. Gdy pokonała dwa piętra w dół, musiała oprzeć się o fasadę bloku. Szczęśliwie ulokowana od zachodu, nie zdążyła jeszcze nagrzać się promieniami letniego słońca. Rankiem napis na ścianie bloku „os. Św Rocha 19H” pobłyskiwał nieśmiało. Ot, wstał kolejny dzień.
Łapiąc oddech, Janina ułożyła plan działania. Mieszkała w pierwszej od Warty linii bloków, tej dalszej od sklepiku. Logicznie będzie więc zacząć od zbierania jabłek w pozostałościach starego sadu. Jabłoń była tam już co prawda zdziczała, owoc miała jednak wyborny… I cena była iście okazyjna, a to rodowita poznanianka bardzo sobie ceniła. Wracając zahaczy zaś o blok Bartka, jeśli do tego czasu do niej nie oddzwoni. Z tym zamiarem kobieta zrobiła kilka kroków, gdy w torebce odezwał się telefon. Przyszedł sms.
Po dłuższej chwili walki z ustrojstwem, jakie sprawił jej wnuk, odczytała wiadomość od koleżanki z Kórnickiej. Ta od niedawna próbowała nauczyć ją smsów i innych Messengerów.
Najlepszości na imieniny, Janinka! Przede wszystkim zdrowia, bo to jest najważniejsze.
Powoli, wystukując uważnie każdą literkę odpisała.
dzieki dzis swietuje bo wnuki przyjada na szarlotkę
Schowała telefon do torebki i ruszyła przed siebie. W napięciu ominęła śmietnik, w którym często buszowali bezdomni. Dziś było pusto, jednak krata jak zwykle pozostawała otwarta.
– Że też wiara nie może się nauczyć go zamykać! – burcząc i przeklinając pod nosem zachowanie mieszkańców osiedla, dotarła do kamiennych schodków wiodących z osiedla nad Wartę.
Niemal potknęła się o Axela, gdy ten stanął nagle nad jednym ze stopni. Kobieta odsunęła psa i dostrzegła wyraziste plamy krwi a nad nimi – gromadę much.
– Szuszwole znów musiały nieźle dać w gaźnik – mruknęła z dezaprobatą, ruszając dalej. Schody były przecież szerokie, suche za sprawą letnich upałów i dość stabilnie osadzone. Niemałym wyzwaniem było przewrócić się tutaj.
Kilkanaście minut później, poświęconych na zabawę z nadgorliwym Axelem, Janina zbierała już papierówki. Psu nakazała leżeć, sama poruszała się cicho i nie zapuszczając się w głąb tego, co niegdyś było sadem. Tuż obok swoje koczowisko mieli bezdomni i choć z reguły byli nieszkodliwi, Janina wolała trzymać się od nich na dystans.
Gdy miała już w połowie pełen koszyk pies poderwał nagle głowę. Zaczął intensywnie wąchać, jakby złapał trop. Nim kobieta zdążyła zareagować, wybiegał już z zarośli i pognał w stronę Warty. Na nic zdały się jej krzyki i komendy. Porzuciwszy koszyk, Janina ruszyła szybkim krokiem za uciekinierem.
Pomyślała, że puścił się za sarną lub dzikiem, które tak jak ona przychodziły do dawnego sadu na jabłka. Axel nie odbiegł daleko. Stanął na skraju jednej z wyleżanych w trawie niecek, gdzie latem opalali się skąpo ubrani młodzi ludzie.
– Ty nieusłuchany diable! – pogroziła mu palcem. – Nie dostaniesz dzisiaj żadnych smaczków, obiecuję ci to! Nie będzie głaskania ani miziania… Oczywiście…
Nie podobała jej się kremowa masa, wyróżniająca się na tle zarośli. Po chwili, zgodnie ze swoimi obawami, kobieta dostrzegła, że pies stoi obok leżącego w samych bokserkach młodego mężczyzny. Było w nim jednak coś dziwnego. Gość zupełnie nie zareagował na obecność zwierzęcia.
„Pewnie pijany” – przyszło jej do głowy.
Zrobiła kolejny krok, żeby krzyknąć i obudzić pijaka. Wtedy poczuła smród. Blond włosy na potylicy mężczyzny zlepione były od zaschniętej krwi, wymieszanej z ziemią i wysuszoną trawą. Usta miał już sine, tak przynajmniej jej się wydawało. Trudno było bowiem dostrzec coś przez kłębowisko mrówek i bzyczących nieznośnie much, zebranych nad ciałem. Obok leżała rozbita butelka po piwie.
Kobieta przemogła obrzydzenie i schyliła się nad mężczyzną. Choć wyglądał tragicznie, miała nieodparte przeczucie, że skądś go zna.
– Nie, to nie może być prawda – wyszeptała ze zgrozą, choć tak naprawdę próbowała oszukać samą siebie.
Kilka dłuższych chwil wystarczyło, by w jej wspomnieniach ciało chłopca nabrało koloru, życia. Zszokowana widokiem, chwyciła się za serce, ledwo utrzymując się na nogach. Zdezorientowany Axel krążył pomiędzy nią a ciałem.
Drżącymi rękami kobieta wydobyła telefon z torebki.
– Halo! A…ndrzej? Bartek nie żyje…
Minęło kilkanaście minut nim najbliższy patrol policji dojechał na miejsce. Chwilę przed nimi pojawili się ratownicy medyczni. Ze znajdującej się na skraju osiedla Piastowskiego bazy mieli zdecydowanie bliżej.
To Andrzej zadzwonił po nich, człapiąc, ile sił w nogach nad Wartę. Wciąż liczył na to, że jego żona się myli a wnuka uda się uratować. Gdy wyszedł z zarośli, pod mostem Królowej Jadwigi stała już karetka.
– Niestety, nic nie możemy już zrobić – lekarz szybko rozwiał jego nadzieje. Za diagnozę wystarczyło jedno spojrzenie na siniejące ciało i rój much.
Ratownicy jednak i tak się przydali. Zajęli się Janiną. Kobieta dostała leki na uspokojenie i siedziała teraz na progu karetki, owinięta termicznym kocem.
– Dlaczego? Dlaczego!? Był taki mło…dy – lamentowała.
Andrzej nie był w stanie wydusić słowa. Usiadł ciężko obok Janiny i ukrył twarz w dłoniach. Nie chciał patrzeć na tych wszystkich spacerowiczów, którzy wiedzeni ciekawością ściągali ku nim jak ćmy do latarni. Wszyscy wyposażeni w smartfony robili filmiki, które za chwilę pojawią się na ich profilach w socjalmediach. Takie rolki gwarantowały dobre zasięgi. A dodatkową atrakcję stanowił konny patrol policji. Konie też się dobrze lajkowały.
– Młody, zajmij się nimi – starsza aspirant Kowalska wskazała posterunkowemu grupkę gapiów, po czym zeskoczyła z konia. – Niech nie podchodzą bliżej, bo zatrą ślady.
– Tak jest – powiedział jeździec, ruszając stępa.
– Tylko nie każ im się rozchodzić, być może coś widzieli i trzeba będzie z nimi pogadać – rzuciła jeszcze za nim.
– Nie podoba mi się to – mruknęła do siebie, widząc zaschniętą krew na głowie i rozbitą butelkę obok ciała. Policjantka złapała za krótkofalówkę.
– Zgłasza się starsza aspirant Kowalska z patrolu konnego nad Wartą. Przy moście królowej Jadwigi mamy ciało. Młody człowiek z raną na głowie. Poproszę o zawiadomienie prokuratora. Zabezpieczamy teren, ale potrzebne jest wsparcie, bo ludzie zaraz wejdą nam na głowę.
II
godzina 11:30
– Znaleźć tu miejsce – wkurzył się Szymczak, podjeżdżając pod krawężnik na skraju nędznej namiastki parkingu pod pierwszą od Warty linią bloków osiedla św. Rocha.
Witek Iwański spojrzał na niego unosząc brew.
– Zostaw go na bombach, bo jeszcze mieszkańcy zgłoszą na komendę, że im trawnik rozjeżdżasz – rzucił wysiadając z nieoznakowanego sedana. Technik, który przyjechał razem z nimi, wyciągał już swój sprzęt z bagażnika.
Iwański zdjął okulary i przetarł twarz wolną dłonią, długim westchnieniem próbując odgonić falę zmęczenia. Co prawda obaj z Szymczakiem byli na dyżurze i wiedzieli, że wezwanie może nadejść w każdej chwili, mieli jednak nadzieję inaczej zacząć ten dzień.
– Prokurator zjechał nad Wartę od strony Piastowskiego, już tam czeka – zameldował Szymczak, podając mu termos z kawą. – Masz, przyda ci się.
Mężczyzna uśmiechnął się krótko w podzięce.
– Aż tak źle wyglądam? – Iwański uniósł prawą brew jeszcze wyżej, a potem pociągnął solidny łyk obficie słodzonego napoju.
– Mogło być lepiej, choć szczególnie wybrzydzać nie będę.
– Mistrz dyplomacji się znalazł – parsknął Iwański krótko, powoli przestawiając się w tryb służbowy. – Mów do mnie – rzucił, gdy szybkim krokiem schodzili nad Wartę.
– Chłopaka znalazła babcia, zeszła nad rzekę nazbierać jabłek. Jest na miejscu pod opieką ratowników razem z mężem. Brak…
Iwański przerwał mu, zatrzymując się nad zaschniętą plamą krwi na stopniu betonowych schodów.
– Marian, zabezpiecz to – rzucił do technika, niezwłocznie ruszając dalej.
Z cichym stęknięciem mężczyzna przeszedł pod policyjnymi taśmami, oddelegował jednego z policjantów do technika na schodach a następnie przywitał się krótko ze skupionymi nad ciałem prokuratorem i medykiem sądowym. Obaj ubrani byli w skafandry covidowe, by nie zostawić śladów na miejscu zbrodni. Wokoło policja przeczesywała teren.
– Chłopak zginął najprawdopodobniej od uderzenia w potylicę – ocenił lekarz, oglądając czaszkę. – Ale raczej nie tą butelką. W ranie, przynajmniej teraz, nie widzę odłamków, na butelce nie ma zaś krwi.
– Ktoś chciał podrzucić fałszywy trop? – zapytał sam siebie Iwański.
– Flaszka może być przypadkowa. A co do innych wniosków, to szczegóły po sekcji – Lekarz zdjął nieboszczykowi okulary przeciwsłoneczne, odsłaniając tym samym larwy much kłębiące się w oczodołach i powoli, metodycznie zaczął zdejmować je drewniana szpatułką.
– Natura jak zwykle szybko działa. Ślady zębów na szyi to prawdopodobnie dzika zwierzyna, może jakiś lis…
– Czy ciało mogło być przenoszone? – Iwański przerwał mu bezceremonialnie, na co prokurator westchnął z dezaprobatą.
– Cóż, do rany na głowie dostała się ziemia. Być może…
– Czemu pan pyta? – wtrącił się prokurator.
– Schodząc znaleźliśmy ślady krwi na schodach – wyjaśnił. – Szymczak, zostań z doktorem do końca oględzin. Później przekaż Kowalskiej, żeby ustaliła czy któryś z bloków przy samym zejściu ma monitoring. Być może coś złapał… W zasadzie, niech sprawdzi całe osiedle.
– Trzeba sprawdzić też nagrania z mostów Rocha i Jadwigi – polecił prokurator – To miejsce może być już poza ich zasięgiem, ale może znajdziemy kogoś kto szedł w tę stronę.
– Dobra, zrobi się panie prokuratorze. To co, idziemy pogadać z dziadkami? – Iwański kiwnął głową w stronę pakujących się ratowników i stojącej przy karetce pary starszych ludzi.
– Proszę nie bawić się w dyrygenta – rzucił oschle prokurator, zrównując z nim krok. Iwański nie zareagował, skupiony już na Janinie.
Kobieta nie płakała już, wyglądała jakby skończyły się jej łzy.
– Starszy komisarz Witold Iwański. Bardzo mi przykro – zaczął śledczy ostrożnie. –Przepraszam, że w takiej chwili, ale będę musiał zadać pani kilka pytań.
Kobieta kiwnęła głową z nieobecnym wyrazem twarzy.
– Czy wie pani, co wnuk robił wczoraj nad Wartą?
– N…nie… nie wiem. Trudno mi zebrać myśli… Wczoraj rano miał ważny egzamin, może świętował? Ale zabrałby ze sobą jakieś rzeczy! Miał przyjść rano pomóc mi z psem, ale nie dotarł. Nie dzwonił, że go nie będzie, nie odbierał. Chcia…łam do niego zajrzeć wracając.
– Chwileczkę – przerwał jej. – Czy to znaczy, że wnuk mieszka gdzieś blisko?
– Tak, kupiliśmy mu z mężem mieszkanie na osiedlu. Tylko kilka bloków od naszego. On jest z Międzyrzecza, a chciał tu studiować no i…
– Ma pani klucz? – śledczy przerwał jej raz jeszcze. Współczuł kobiecie straty, lecz chciał najszybciej ustalić fakty i zdobyć jakikolwiek punkt zaczepienia.
– Tak, za…pasowy – kobieta sięgnęła do torebki i podała mu niewielki przedmiot.
– Będziemy musieli je przeszukać – Iwański i prokurator odezwali się równocześnie. Śledczy uniósł jedną brew. Gość był dziś tak markotny, że Witold nie spodziewał się nic więcej od niego usłyszeć. A tu proszę, niespodzianka. – Da pani radę nas tam zaprowadzić?
Kobieta pokiwała głową, nadspodziewanie żwawo ruszyła przed siebie. W tym momencie odezwało się radio Iwańskiego.
– Szefie, mamy coś.
– Mów do mnie – zakomenderował krótko, zdecydowanie surowiej niż wcześniej do Szymczaka.
– W sadzie jest koczowisko bezdomnych, jeden z nich ma dość nowe lumpy na sobie..
– I?
– Na bluzie są ślady krwi.
Janina złapała się za serce i zaszlochała boleśnie.
– Zabili go dla kilku ubrań!
Iwański w milczeniu spojrzał na prokuratora i Szymczaka, który akurat do nich dołączył. Albo mieli szczęście w nieszczęściu, albo ktoś tutaj próbował zrobić ich w konia.
– To byłoby za proste – Szymczak wyartykułował myśli Iwańskiego. Zresztą nie pierwszy raz w ich karierze.
– Fałszywy trop? – wtrącił się prokurator.
– Panie Jerzyński, widzę, że się pan rozkręca – rzucił Iwański. – Może i tak, może i tak…
– Szefie? – głos Kowalskiej znów odezwał się z radia.
– Zabezpieczcie to. Pogadajcie z pozostałymi z tego koczowiska, może coś słyszeli… A tego, który miał ubrania zgarnij na dołek…I niech go wrzucą od razu pod prysznic, żeby nam nie zasyfił wszystkiego. A ciuchy zdjąć i zabezpieczyć…
III
godzina 12:30
– Nie rozumiem, po co to robimy – gderała Janina, drżącymi rękami próbując trafić kluczem do zamka.
Lamentowała całą drogę znad Warty, aż do położonego na wzniesieniu bloku numer dziewiętnaście N. Po zatrzymaniu bezdomnego nie widziała w tym już celu, a jedynie naruszenie prywatności i przeszkodę w rozpoczęciu żałoby.
– Znaleźliście jego ubrania, macie sprawców! – powiedziała, walcząc z opornym zamkiem.
– Janina, nie wiemy, czy to oni – odezwał się cicho Andrzej, wyjmując jej klucz z dłoni. Po chwili drzwi do mieszkania stanęły otworem przed technikami ubranymi w covidowe stroje. Jak zwykle to oni weszli pierwsi
– „Jak załoga duchów” – pomyślał Iwański a adekwatność tego skojarzenia okazała się zaskakująco ponura. Śledczy zawsze czuł się dziwnie wchodząc do miejsc, gdzie jeszcze niedawno toczyło się życie.
– Marian, Bogdan. Róbcie swoje – Szymczak oddelegował techników i zatrzymał seniorów na klatce schodowej.
– Nie uważa pani, że to trochę bez sensu? – Iwański zwrócił się do Janiny – Zabić dla ubrań? Mogli je ukraść, zastraszyć chłopaka… Ale zabijać dla jednej bluzy, t-shirta i skarpetek? My to oczywiście sprawdzimy, ale czy myśli pani, że tak beztrosko przymierzali by te ubrania tuż obok miejsca zbrodni?
– To dość mocno naciągane – Szymczak położył dłoń na ramieniu Iwańskiego, hamując jego wywód. – Poza tym nie znaleźliśmy przy nich telefonu, dokumentów ani portfela chłopaka. Jedynych rzeczy, na których mogliby zarobić.
– Nie wiem, nie wiem. Może już sprzedali wszystko! – kobieta załamała dłonie i opadła ciężko na pufę do zakładania butów. W tle słyszeli ciche pstrykanie aparatów.
– Skoro już tu jesteśmy, zacznę rozpytywać sąsiadów, czy słyszeli ostatnio coś podejrzanego. Po sekcji będziemy pytać o precyzyjniejszy przedział czasowy, ale może przy okazji dowiem się czegoś o ofierze – Iwański zwrócił się do Szymczaka i Jerzyńskiego, po czym podszedł do mieszkania obok.
– Czy wnuk miał jakiś wrogów? – dzwoniąc do drzwi, usłyszał za plecami głos Szymczaka.
– Nie… niczego takiego nigdy nam nie mówił. To dobry chłopak! Studiuje, pracuje…
– A sąsiedzi? Nigdy się na niego nie skarżyli?
– Niczego nam nie mówili, choć akurat tu nie znamy wszystkich– wtrącił się Andrzej.
– Może wiecie państwo, czy miał dziewczynę? Albo chłopaka?
– Ani jedno, ani drugie – Janina westchnęła. – Proszę, to za dużo na ten moment…
W tym momencie drzwi od mieszkania numer cztery uchyliły się, skupiając uwagę Iwańskiego.
– O co chodzi? – zapytał lokator spod czwórki. Iwański zmierzył wzrokiem pół jego sylwetki, które z rezerwą wychyliło się zza drzwi i wyjął odznakę.
– Starszy komisarz Witold Iwański, dzień dobry. Chciałbym spytać o sąsiada z szóstki. Możemy porozmawiać?
Iwański podszedł blisko szpary w drzwiach tak, by mężczyzna nie mógł zauważyć rozpaczającej na schodach Janiny i jej męża. Praktycznie sam zaprosił się do mieszkania nieznajomego i zamknął za sobą drzwi.
– To wnuk znajomych z bloku obok. Dobry dzieciak, grzeczny. Władował się w kłopoty?
– To właśnie chciałbym ustalić – Iwański odpowiedział enigmatycznie. – Często bywa w mieszkaniu? Czy to raczej wychodzący typ?
– Z tego co wiem, studiuje i pracuje. W sphagettari na Piastowskim, czasem jem tam coś na szybko. Pewnie imprezuje, jak student, ale nie możemy się skarżyć na hałasy w bloku.
– A pani, znała go dobrze? – zwrócił się do kobiety, która wstała od śniadania i stanęła za plecami, przypuszczalnie, partnera.
– Dobrze, nie dobrze. Wie pan, jak to młodszego sąsiada. Witaliśmy się, czasem zamieniliśmy słowo czy dwa…
– Przepraszam, ale do czego zmierzają te pytania!? – wciął się mąż.
Iwański westchnął, nikomu nie lubił przekazywać tego typu wieści.
– Znaleźliśmy dziś jego ciało. Ustalamy okoliczności śmierci.
– To straszne – bąknął mężczyzna. Kobieta zakryła usta dłonią, łapiąc go za ramię.
Iwański zlustrował ich uważnie. Wraz z biegiem służby, uczył się rozróżniać pozorowane emocje od tych autentycznych. Ci tutaj wyglądali mu na szczerze zszokowanych.
– Słyszeli może państwo wczoraj coś podejrzanego? Tu, lub przy zejściu nad rzekę? – postanowił spróbować śledczy. Był pewien, że jego teoria o przeniesieniu ciała zostanie potwierdzona podczas sekcji, nie było sensu zwlekać z pozyskiwaniem informacji.
– Niestety, wczoraj byliśmy u siostry na Jeżycach. Wróciliśmy w nocy, w bloku było już cicho.
Iwański kiwnął głową i zostawił im wizytówkę. Bardziej z przyzwyczajenia, niż z wiary w to, że parze przypomni się coś istotnego. Gdy wyszedł z mieszkania, Szymczak nadal czekał z dziadkami na klatce schodowej. Śledczy nie chciał przechodzić koło nich, ruszył więc w górę.
– Raz w tygodniu pomagał nam w ciężkich zakupach – usłyszał od emerytowanych muzyków opery z drugiego piętra. Mieszkali zaraz nad chłopakiem, ale też niczego nie słyszeli.
– Zawsze dzień dobry mówił – klasyk padł pod siódemką.
W ustach kolejnych mieszkańców powtarzały się ogólniki. Bartek zdawał się bezproblemowym, grzecznym sąsiadem z pracą i własnymi sprawami. Nic, co Iwański usłyszał, nie wydało mu się podejrzane, nic szczególnie przydatne.
– Skończyliśmy szefie, możecie wchodzić – technik wywołał go przez radio. – Nie znaleźliśmy śladów włamania.
– Nie ma to jak fart – burknął Iwański, wychodząc z mieszkania rudowłosej kobiety.
IV
godzina 14:00
– Proszę za nami.
– Nie chcę iść dalej, nie mam teraz na to siły. Muszę jeszcze zawiadomić jego rodziców… – Janina zaparła się w progu mieszkania. – Myślałam, że dam radę, ale, ale…
Kobieta zamilkła, poruszając jedynie wargami. Chciała już tylko znaleźć się w mieszkaniu z mężem, psem i choć na chwilę odciąć się od świata. Na domiar złego jej telefon dzwonił co chwilę, bo dobijali się do niej kolejni znajomi z imieninowymi życzeniami zdrowia i pomyślności. To ostatnie, czego miała ochotę teraz słuchać.
– Szymczak, odprowadź panią do domu i poczekaj tam na mnie – Iwański nie miał serca dłużej męczyć kobiety. Pewnie do końca życia nie zapomni już momentu, w którym rozpoznała ciało wnuka.
– Poprosimy pana – Jerzyński, skupiony na zadaniu, wprowadził już Andrzeja do mieszkania. – Mimo wszystko musimy ustalić, czy nic nie zginęło.
Mężczyzna kiwnął głową, prowadząc śledczych przez kolejne pomieszczenia. Mieszkanie numer 6 było dość duże, jak na taki blok. Dwa pokoje, salon z aneksem, ubikacja i łazienka połączone korytarzem, przez który weszli do mieszkania robiły wrażenie, biorąc pod uwagę status studenta. Dziadkowie musieli mieć dobrze wypchane skarpety, by wspierać tak wnuka.
– Czy ktoś z nim mieszkał?
– Co on powiedział?…
– Czy ktoś z nim mieszkał? – Jerzyński sapnął.
– Ah, nie, nie. Chcieliśmy, żeby miał przestrzeń. Poza tym zakładaliśmy, że za kilka lat przyjmie młodszego brata, gdyby ten też chciał studiować w mieście… Nie wiem, czy zatrzymamy to miejsce…
Andrzej poruszał się między pokojami jak pogrążony w letargu. Posłusznie, na wpół bezwiednie przeglądał ze śledczym kolejne szuflady, szafki i wskazywał miejsca warte sprawdzenia.
Jerzyński stał nieopodal, wyraźnie zasępiony.
– Widzę, że dalsza rozmowa z dziadkami nie odsłoniła przed panem żadnego tropu? – Iwański spytał tak, by Andrzej ich nie słyszał.
Jerzyński pokręcił głową, ignorując ironiczny ton podwładnego.
– A sąsiedzi?
– Uśmiechnięty chłopak, tyle mogę zameldować – Iwański zasalutował, wzruszając ramionami. – Trzeba węszyć dalej.
– Niczego się już dziś nie dowiemy – Jerzyński skwitował, wymownie patrząc na Andrzeja. Iwański równie wymownie prychnął.
Co prawda sam miał wątpliwości co do tego, jak uważnie starszy mężczyzna rejestruje obecnie otoczenie – to był dla niego przecież okropny dzień. Nie zamierzał go jednak w ten sposób skreślać!
– Stop. Tutaj – emeryt zaskoczył ich nagle, w salonie, wskazując na pusty stojak, ulokowany na półce pod telewizorem. – Brakuje zegarka.
– Zegarka? – Jerzyński upewnił się.
– Kieszonkowego. Rodzinnej pamiątki. Bartek dostał go na osiemnastkę – Andrzej momentalnie ożywił się i raz jeszcze zaczął przetrząsywać pobliskie szuflady.
– Zapewne nie był to sprzęt z pchlego targu? – podsunął Iwański, widząc jego zachowanie.
– Proszę panów, to zabytek. Pięknie wykonany, złoty!
– Ma pan zdjęcie?
– Znajdę – odparł mężczyzna, bardziej do siebie niż do nich. – Znajdę. Jak można zabić dla kradzieży!?
– Często w afekcie – enigmatycznie powiedział Iwański.
Jerzyński ponownie zmierzył go wzrokiem i zwrócił się do Andrzeja:
– Kontynuujmy, może brakuje czegoś jeszcze.
V
godzina 18:15
– Pytasz Szefu, co mamy na tapecie? Ciało dwudziestojednoletniego studenta, znalezione przez babcię. Do tego bezdomny przebierający w ciuchach chłopaka i skradziony z mieszkania zegarek…
Iwański zamilkł, patrząc wyczekująco, jakby wysłuchiwał odpowiedzi.
– Nie, bezdomny nie miał zegarka. Był też tak naprany, że nie nadawał się do przesłuchania. Śladów włamania do mieszkania chłopaka też nie było. Sąsiedzi? Klasycznie, nic nie widzieli. Mówiąc krótko, stanęliśmy nim dobrze ruszyliśmy…
Witek ostrożnie przyłożył palec do akwarium, skupiając uwagę pływającego w nim bojownika.
– Szefu, mów, co byś zrobił – Iwański polecił rybce. Rozmowy z bojownikiem kilka lat temu stały się jego rytuałem. Pomagały zebrać myśli, ułożyć plan działania.
– Zjadłbym, na początek.
– Cholera, Iwo! Bo cię zdegraduję za podsłuchiwanie! – Iwański podskoczył na krześle, zaskoczony. Szymczak zaśmiał się tylko, wpychając mu w ręce talerz.
– Mieszkanie jest małe, trudno cię nie słyszeć. Masz, powinieneś coś zjeść.
– Jadłem już, muszę jeszcze pomyśleć.
– Jadłeś śniadanie, o ósmej. Jak padniesz, to niczego nie rozwiążesz.
– Mógłbym chociaż mieć jakiś trop!
– Nie ma to jak ta twoja ambicja… Niedługo dostaniemy nagrania z osiedlowego monitoringu, może tam coś znajdziemy. Poza tym, jakiś trop już masz.
– Tak?
– Zrobił to ktoś, kto znał chłopaka i jego mieszkanie.
– Wiedział o zegarku, nie zrobił bałaganu – zgodził się Witek. – I pewnie będzie chciał go sprzedać. No, lepszy rydz niż nic…
Iwański wyszedł z gabinetu, gryząc po drodze kanapkę. Przejście do salonu mieszkania, które dzielił z Szymczakiem zajęło mu jedynie kilka kroków. Ignorując telewizor, mężczyzna rzucił pobieżnie okiem na Bóżniczą. Za oknem młodzi, w wieku Bartka, zmierzali poużywać na Wrocławskiej.
Teleskop rozpoczynamy od tragicznych wieści znad Warty.
– Oho – mruknął Iwo. Witek od razu spojrzał na ekran, czując jak krew napływa mu do głowy.
Dzisiejszego poranka na łące przy osiedlu św. Rocha znaleziono ciało młodego mężczyzny. O szczegółach sprawy nasz reporter, Mikołaj Obecny.
Gdy na ekranie pojawił się młody dziennikarz stojący przy Moście Królowej Jadwigi, Iwański usiadł ciężko na kanapie. W milczeniu, z coraz szerzej otwartymi oczami słuchał wywodu Obecnego.
– Oczywiście dziennikarzyna musiał pokazać, gdzie mieszkał Bartek – Szymczak skomentował z rezygnacją, kiedy w kadrze pojawił się blok 19N.
– Wszystko przez tych gapiów i ich zasrane rolki! – burknął Iwański.
Obecny próbował też porozmawiać z Janiną i Andrzejem, jednak – jak tłumaczył widzom – seniorzy odmówili mu komentarza.
Nie udało nam się również porozmawiać z prowadzącymi sprawę policjantami. Komenda Miejska w odpowiedzi na nasze zapytanie podaje, że brak komentarza podyktowany jest początkowym etapem śledztwa. Jednocześnie zapewnia nas o priorytetowym charakterze sprawy.
– Czyli od jutra stary będzie dyszeć nam na karki…
Iwo spojrzał na Iwańskiego i zgasił telewizor. W mieszkaniu zapadła cisza, przerywana stłumionym szumem odbiornika sąsiadów.
– Cholera jasna! – warknął Witek, uderzając pięścią w oparcie kanapy.
– Jeżeli nasz sprawca zamierzał upłynnić zaginiony zegarek, to pewnie właśnie zmienił plany.
VI
Poniedziałek, 26 czerwca
– Iwański, zepnij zadek!
– Staram się, szefciu – Iwański odpowiedział prychnięciem.
– Nie żartuj sobie! Mamy tu od rana niezłe bagno! Prokurator dzwoni jak najęty, a media warują na nas pod drzwiami. Już się zastanawiają, czy to będzie kolejna nierozwiązana sprawa z Rataj po Kotwickiej-Iwanowskiej, no i Tylman, kurna tej!
Iwański rozłączył się, ukrucając bluzgi komendanta. Później będzie mu się tłumaczyć.
– I jeszcze, cholera, czerwone! – warknął śledczy, wciskając hamulec.
Spojrzał na umieszczony w kokpicie samochodu zegarek. Godzina dwunasta dwadzieścia, a to już nie był jego dzień. Przesłuchanie bezdomnego nie wniosło do sprawy nic, prócz irytacji i celi do posprzątania.
Gość zaręczał, że niczego nie słyszał, ubrania znalazł na gałęzi a na krew nie zwrócił uwagi…
– W pijanym widzie – Iwański aż prychnął na wspomnienie tego zeznania.
Profilaktycznie zatrzymali go do wyjaśnienia sprawy, jednak Iwański szczerze wątpił w jego winę… I jeszcze ten telefon!
Ku jego wielkiej radości, zadzwonił kolejny. Tym razem do Szymczaka.
– Aha, dobra. Nie, Witek tego nie lubi. Zaraz będziemy.
– Czego nie lubię? – zapytał Iwański, gdy Szymczak się rozłączył.
– Omawiać sekcji przez telefon. Dzwonił lekarz, ma wstępne wnioski. Uznałem, że od razu będziesz chciał tam jechać.
– Dobry wybór – rzucił Iwański, w chwili gdy światło zmieniło się na zielone.
Ruszyli z piskiem opon. Witek dynamicznie wcisnął się w lukę na sąsiednim pasie, by po chwili równie ostro wrócić na swój. Wyprzedził tym samym dwóch ospałych kierowców.
– To, że jedziemy do prosektorium nie znaczy, że to nas mają tam kroić! – Iwo ścisnął uchwyt w drzwiach jedną ręką, a drugą oparcie fotela. – Osobiście wlepię ci mandat za piractwo drogowe!
Iwański spojrzał na niego jednym okiem, unosząc brew.
– Jako twój przełożony, osobiście wrzucę go do niszczarki, a tobie udzielę nagany za nieuzasadnione nękanie kierowców – powiedział i wyszczerzył zęby.
Kilka ryzykownych manewrów Iwańskiego i przekleństw Szymczaka, mężczyźni parkowali pod Zakładem Medycyny Sądowej.
– Dzień dobry, doktorze – rzucił Iwański, gdy parę minut później wchodzili do chłodnego pomieszczenia, pozbawionego okien. Ledwie przekrzyczał disco, ryczące z pełną mocą głośników.
– Powinni panowie słuchać jej przy pracy – lekarz odpowiedział mu, wskazując okładkę płyty. – Od razu chce się żyć!
– Potwierdziło zero na dziesięciu jego pacjentów – Iwański mruknął do Szymczaka, po czym odezwał się głośniej. – Rozumiem, że ten jazgot doprowadził do fundamentalnych dla śledztwa konkluzji?
Lekarz prychnął, po czym wstał z krzesełka i machnął ręką, by mężczyźni podeszli do jednego z blatów.
– Cięty jesteś, jak zawsze – burknął lekarz, odsłaniając ciało Bartka.
– Dziękuję. A teraz…
– „Mów do mnie” – przedrzeźnił go lekarz, na co Szymczak zaśmiał się. – Już mówię. Otóż chłopak zginął od uderzenia w potylicę, na miejscu.
– Na schodach? – Szymczak wtrącił się.
– Tak, ślady krwi, które znaleźliście na stopniach, należą do Bartka.
– Zatem tam, gdzie znalazła go babcia, rzeczywiście został przeniesiony.
– Ślady walki? – Iwański trzymał szybkie tempo pytań.
– Nie powiedziałbym. Brak charakterystycznych zadrapań, czy siniaków. Jedyne drobne, świeże i zabrudzone otarcia.
– Czyli ciągnięto go po trawie. Dużo ważył?
– W normie, 76 kilo… Ale ktokolwiek go ciągnął, musiał mieć nieco krzepy.
– Masz coś jeszcze?
– Śladów walki co prawda nie ma, ale zobaczcie tutaj – lekarz chwycił rękę Bartka. – Pod paznokciami znalazłem naskórek. Być może chłopak próbował złapać się sprawcy, nim upadł.
– I pewnie nie należy on do naszego ceniącego trunki klienta?
– Strzał w dziesiątkę.
Iwański i Szymczak pokiwali głową, niespecjalnie zdziwieni. Gdy wychodzili z Zakładu Medycyny Sądowej, Iwański odezwał się do Szymczaka.
– Trzeba zwolnić bezdomnego i porządnie przewietrzyć dołek.
– Dam im znać. Bo zakładam, że my tam nie jedziemy?
Nie było tajemnicą, że Iwański nie spędzał na komendzie więcej czasu niż było to niezbędne. Większość swoich prac prowadził w terenie. Przyzwalano mu na to, dopóki pojawiał się na obowiązkowych zebraniach i zdawał zadowalające meldunki… Nie oznaczało to jednak, że przełożeni pochwalali ten styl pracy.
– Daj kluczyki, teraz ja prowadzę – Szymczak zablokował mu drogę na miejsce kierowcy i wyciągnął dłoń.
Iwański wyjątkowo uniósł nie jedną, a obie brwi i zaśmiał się krótko.
– Na świętego Rocha, szoferze.
VII
godz. 14:05
– Dobry – Iwański rzucił, otwierając drzwi lokalnej sphagettari. Tu pracował Bartek.
Komisarz dotarł na miejsce na początku pory obiadowej. Niemal wszystkie stoliki w lokalu były zajęte a do kasy ciągnęła się kilkuosobowa kolejka.
– Miło widzieć szefową na kasie – zaśmiał się starszy dziadek, chwiejnie unosząc swoją tackę.
– Musiałam zastąpić pracownika – kobieta uśmiechnęła się, lecz ton jej głosu pozostał smutny.
– „Szefowa w lokalu. Chyba w końcu mam trochę szczęścia” – pomyślał Iwański, podchodząc do kasy.
– Boloński proszę, duży – komisarz początkowo nie planował posiłku, jednak przy jednym ze stolików zauważył bardzo interesującą postać. – Nieźle pachnie.
– Świeżo przygotowany – zapewniła właścicielka. – Już podaję.
Iwański kiwnął głową, podziękował krótko i udał się do stolika w rogu lokalu.
– Mikołaj, jak dobrze cię widzieć! – Witek zagadnął głośno, trzaskając tacką w blat. Usiadł tyłem do kasy, przodem do reportera Teleskopu.
– Przepraszam, czy my się… – niezadane pytanie powstrzymała odznaka Iwańskiego, lądująca obok sztućców mężczyzny.
– Ciszej – mruknął Iwański. – Mów, co tu robisz.
– Obiad jem, panie władzo – odparł na wpół spłoszony, na wpół skonsternowany.
– I pewnie przy okazji węszysz, co? Zbierasz dane do materiału?
– A nawet jeśli, to co? – redaktor oburzył się. – Media mają prawo i obowiązek informować!
– Posłuchaj kolego – głos Iwańskiego stał się niski i zimny. – Denat został okradziony, wiemy z czego. Mamy opis, zdjęcia i wymiary. Planowaliśmy zaczaić się przy paserach i jubilerach. Złapać sprawcę gładko i szybko. Dzięki tobie nasz ptaszek postanowił się przyczaić. On już wie, że musi uważać, a my zostaliśmy bez tropu.
– Ja nie… nie chciałem pomóc mordercy…
Iwański wierzył mu. Koniec końców reporter wykonywał swoją pracę. Potrzebował jednak, by Obecny poczuł się zobowiązany do wynagrodzenia win.
– Dlatego zakładam, że chętnie pomożesz mi – komisarz powiedział stanowczo. Nawinął makaron na widelec i zjadł trochę.
– „Niezły” – pomyślał.
– Jak? – ostrożnie zapytał reporter.
– Hej, jesteś w końcu „Obecny” w sercu wydarzeń! Rozmawiaj z ludźmi, węsz, zbieraj sobie te materiały. ALE jeżeli dowiesz się czegokolwiek, co uznasz za ważne, najpierw zadzwoń do mnie.
Iwański podał mu wizytówkę lewą ręką, prawą dalej jedząc spaghetti. Półżart z nazwiska reportera nie spotkał się z żadną reakcją.
– Nie może pan zapytać ich sam? – zapytał Obecny, lecz wizytówkę schował już do portfela.
– Nie bój się, spytam… Ale niektórzy wolą kamerę od odznaki – odpowiedział krótko.
Obecny pokiwał głową, lecz nic nie odpowiedział. Iwański przestał jeść i spojrzał mu prosto w oczy.
– W zamian za pomoc, proponuję wywiad na wyłączność, po rozwiązaniu sprawy. Będzie pan pierwszym dziennikarzem, któremu udzielimy szczegółowych informacji.
Oczy reportera zaświeciły się. Jasne, dobrze było pomóc w słusznej sprawie, ale pomóc i przy tym zyskać – dużo lepiej. A w świecie mediów świeżość i ekskluzywność informacji była najcenniejsza.
– Wchodzę w to.
– Zatem zaczynajmy – Iwański uśmiechnął się.
Wstał, wyciągając dłoń. Reporter odwzajemnił gest nieświadomy, że Iwański zarazem sprytnie wyprosił go z lokalu.
Odprowadzając Obecnego wzrokiem, komisarz uśmiechnął się szeroko. Był zadowolony. Spojrzał przez ramię, gotów skupić się na rozmowie z właścicielką lokalu.
– Przepraszam, mogłaby pani podejść? – Iwański zawołał cicho. Lokal był niewielki, kobieta usłyszała go bez problemu.
– Coś nie tak z makaronem? – zapytała, patrząc na niedojedzoną porcję.
– Przeciwnie, wszystko bardzo dobre, zwłaszcza za te pieniądze – Iwański odparł lekko, po czym obniżył głos i wyciągnął spod flanelowej koszuli odznakę. – Starszy komisarz Iwański, musimy porozmawiać.
Kobieta zareagowała dokładnie tak, jak tego oczekiwał. Aż usiadła, wzięta z zaskoczenia. Gdyby z jakiś przyczyn zamierzała coś kręcić – chociażby przez śmieciowe umowy – teraz, nie miała już czasu by się nad tym zastanowić.
Anna, jak przeczytał z jej identyfikatora, zaprosiła go do kuchni i wskazała taboret.
– Słucham? – odezwała się w końcu.
Iwański sięgnął do kieszeni i odblokował telefon. Na ekranie widniał Bartek.
– Znajoma twarz?
– Nasz pracownik, Bartek… Były pracownik.
Oczywiście, kobieta musiała oglądać już wiadomości.
– Jak się sprawował?
– Dobrze.
– To znaczy?
– Uwijał się z robotą, dawał radę w godzinach szczytu. Czasem się spóźniał, ale zawsze w tym swoim akademickim kwadransie.
– Czy w ostatni piątek zauważyła pani w jego zachowaniu coś dziwnego?
– Nie, nie. Cieszył się tylko, kolokwium zdał. Opowiadał, że po zmianie idzie świętować.
– „Jej słowa pokrywają się z wersją babci” – zanotował Iwański w głowie.
– Mówił z kim?
– Nie – Iwański słysząc to, zasępił się. Kobieta jednak mówiła dalej. – Ale się domyśliłam. Kolega przyszedł go odebrać z pracy.
– Zna pani imię? Umiałaby opisać jego wygląd? Może widać go na monitoringu?
– Imienia nie znam a kamer nie mam. To mały lokal. Ale opisać chłopaka, opiszę… Chyba nie myśli pan, że… – kobieta urwała i zakryła usta dłonią.
– Na razie tylko odtwarzam ostatni dzień Bartka i zbieram poszlaki – uspokoił ją Iwański. Nie zamierzał zwierzać się jej z podejrzeń.
Skupiony wysłuchał opisu, skrupulatnie notując go dla rysownika. Zaprosił kobietę na komendę, celem podpisania zeznań u Kowalskiej, pożegnał się i wyszedł z kuchni.
Obok kasy zauważył puszkę na napiwki opatrzoną napisem: „Za miłą obsługę”. Pogrzebał w portfelu, wrzucił piątaka i opuścił lokal.
VII
godz. 14:30
– Wie pan, tej. Szczun to za dużo kumpli chyba nie miał.
– Mówi pani? – Szymczak spytał, szczerze zaciekawiony.
Podczas gdy Witek udał się do sphagettari, on miał za zadanie przeprowadzić dodatkowy zwiad na osiedlu. Kończył go właśnie, w osiedlowym sklepiku.
– Przynajmniej takich, co by ich do nas zapraszał. Jednego tylko widziałam. Szkoda chłopaka, był fest… jeszcze żeśmy w piątek gadali!
– A to był u pani jeszcze?
– Nawet z tym swoim kumplem, rojber taki… Florek, tak do niego Bartek mówił. Z wieczora wpadli, koło dwudziestej. Bartek chyba po pracy, bo walił makaronem.
Od słowa, do słowa, Szymczak dowiedział się co nieco o podejrzanym przyjacielu Bartka. I to przed Kowalską, która wciąż przedzierała się przez osiedlowy monitoring! W zamian sprzedawał kasjerce plotki zasłyszane od pijaków z parku obok. Dla śledztwa nie miały wartości, jednak kobietę bardzo ciekawiły.
– Miłego spaceru, proszę częściej zaglądać! – usłyszał na odchodne.
Szymczak działał pod przykrywką, jako spacerowicz z osiedla Jagiellońskiego. Pożyczył nawet psa od Janiny, żeby wypaść wiarygodnie. Szczęśliwie, mało uważni mieszkańcy jak dotąd nie rozpoznali go.
– Chodź, Axel – szepnął cicho, wabiąc psa ciastkiem. – Muszę oddać cię właścicielom.
Wracając do mieszkania Janiny i Andrzeja, Szymczak zszedł z chodnika na wyłożoną kamyczkami ścieżkę. Tam spotkał chłopaka, który wyglądał dokładnie jak rojber opisywany przez kasjerkę. Ten z kolei widocznie rozpoznał prowadzonego na smyczy psa, pies rozpoznał też jego.
– Florek?
Chłopak odwrócił się na pięcie, udając, że nie słyszy i zniknął za zakrętem.
– Hej, kolego! Podejdź na słówko! – Szymczak pognał za nim, jednak nigdzie nie dostrzegł już chłopaka. Jedynie plotkujących przy ławkach emerytów.
– Żal mi Janiny i Andrzeja. To wszystko stało się w jej imieniny! – usłyszał od rudowłosej seniorki.
– I teraz aż strach zejść nad rzekę! – dodała jej niefarbowana towarzyszka.
– Oby szybko znaleźli sprawcę.
– Szczerze wątpię w ich skuteczność. Ze sprawą Beatki Kotwickiej-Iwanowskiej też nie mogli sobie poradzić – niski dziadek zastukał laseczką.
– Taka tragedia na naszym osiedlu… Znowu!
– Ciało chłopaka przynajmniej znaleźli.
– No tak, racja. Biedaczka przecież ponoć skończyła w fundamencie Mostu Świętego Rocha…
VIII
godz. 15:00
– Trzeba zadzwonić na Neofilologię, na jutro muszą zebrać nam wszystkich studentów z kierunku Bartka. – Iwański zakomenderował, popychając drzwi komendy.
– Jakim cudem? – Szymczak wydawał się sceptyczny. – Widziałeś kiedyś stuprocentową frekwencję na studiach?
– Trudno, muszą coś wymyślić – Iwański wzruszył ramionami, mijając rzędy biurek. Pospiesznie witał się z funkcjonariuszami. – Ten Florek to nasz nowy podejrzany! Prawdopodobnie widział go jako ostatni…
– A nie prościej byłoby poprosić o dostęp do bazy legitymacji? Moglibyśmy wyszukać gościa po opisie od kasjerki i szefowej Bartka.
Iwański zatrzymał się i odwrócił do Szymczaka.
– A co zrobisz jak kilku szczunów będzie tak wyglądać? Mało to teraz takich z szopą na głowie lata? Albo gdy Florków będzie na kierunku kilku? Jeśli w ogóle kasjerka dobrze imię zapamiętała – przyhamował Iwa. – Poza tym chcemy poznać szerszy kontekst ich znajomości. Ktoś na roku w końcu wskaże nam, z kim Bartek najczęściej rozmawiał.
Szymczak musiał przyznać mu rację.
– Ok, ale zobaczmy może najpierw czy Kowalska znalazła coś na monitoringu. Będzie łatwiej.
– Tylko po to wróciliśmy na komendę.
Iwański usiadł naprzeciwko policjantki, nie czekając na zaproszenie. Odsunął drugie krzesło dla Szymczaka.
– Mów do mnie.
– Cześć, ciebie też miło dziś widzieć. U mnie całkiem w porządku, miło że zapytałeś – Kowalska oderwała wzrok od monitora.
Witek uniósł brew, czekając aż funkcjonariuszka skończy i przejdzie do rzeczy.
– Poplotkujemy, jak złapiemy sprawcę.
– Nie będziesz zatem szczególnie zadowolony. Kamery spod mostów Rocha i Jadwigi nie złapały nic przydatnego. Mam za to całkiem ładne zdjęcie sarny.
– A te osiedlowe? – wtrącił szybko Szymczak, zagłuszając poirytowane burknięcie Iwańskiego.
– Szukałam Bartka i tego chłopaka, którego opisałeś mi przez telefon. Kamera pod sklepem jest niestety uszkodzona…
– Oczywiście, bo jakżeby mogło być inaczej – Iwański nie wytrzymał. – Po co tym ludziom kamery, skoro ich nie naprawiają!
– … ale złapały ich kamery z bloków: F i N.
– N? To ten Bartka, nie?
– Dokładnie. Przez to, że miasto nie dogadało się z kościołem co do ziemi, przed nim zamiast kolejnego bloku jest łąka. Dzięki temu wiemy, że chłopacy schodzili w stronę rzeki o 20:44.
– I mamy zdjęcie twarzy podejrzanego – Szymczak ucieszył się.
– Niewyraźne, ale zawsze – zgodziła się Kowalska. – Idąc dalej ich śladem, mamy kamerę z bloku 19H. Ostatnia z widokiem na zejście nad rzekę. Tylko śnieży jak na Śnieżce i gówno widać! Równie dobrze mogli się tu rozejść, bo niedługo potem kumpel z poprzednich nagrań pojawił się w innej części osiedla sam.
– I tak dobra robota, Kowalska – pochwalił ją krótko Iwański. Kobieta uśmiechnęła się, bo takie słowa w ustach Witka sporo znaczyły. Komisarz był w nich oszczędny dla wszystkich, poza Szymczakiem.
– Powiem wam, że wolę konne patrole od tych monitorów – skwitowała Kowalska, sięgając po kawę. – Byle do weekendu.
– Nie dziwię się – komisarz odpowiedział, wstając.
– Swoją drogą uważajcie na komendanta. Media i prokurator nie dają mu spokoju, a was ciągle tu nie ma. Od rana chodzi naburmuszony.
– Iwański! – tubalny głos rozniósł się po pomieszczeniu, wywołany słowami Kowalskiej. Komendant Wróbel przypatrywał im się z rogu pomieszczenia. Stał koło automatu do kawy, popijając czwarte już dziś latte.
– Przypomniałeś sobie w końcu, którędy na komendę? Wakacje sobie wziąłeś, czy jak!? – zagrzmiał tak, by zwróciły się ku nim głowy wszystkich policjantów.
– Ależ skąd wasza ważność – Iwański teatralnie skłonił głowę. – Już tu dziś byłem, nie udało nam się złapać.
– Całe pół godziny, świetny wynik!
Iwański zmierzył wzrokiem szefa i jego sporych rozmiarów kubek.
– Po prostu wolę szukać sprawcy, zamiast bawić się w kawiarnię w godzinach pracy.
Nie czekając na reakcję przełożonego, Iwański opuścił komisariat. Szymczak ruszył za nim bez słowa. Ich krokom wtórował kiepsko powstrzymywany chichot pozostałych funkcjonariuszy.
VIII
Wtorek, 27 czerwca
godz. 9:45
– Gęsto tu, jak na komendzie – skomentował Szymczak, gdy wysiadali z auta. Parkingi wokół Wydziału Neofilologii zastawione były radiowozami.
– Wydział udostępnił nam duże sale wykładowe C1 i C2 oraz Biuro Samorządu Studentów w przyziemiu. Przesłuchania trwają od czterdziestu pięciu minut – zameldowała Kowalska, która wyszła im na spotkanie. – Z tego co wstępnie usłyszałam od innych, Bartek rzeczywiście trzymał się z kudłatym drabem. Ucieszycie się, bo naprawdę na imię mu Florian, Florek. Czeka na Was w C2.
– Pójdziemy z nim do biura, będzie spokojniej – zadecydował Witek. – Czekajcie tam na mnie, stary dzwoni.
– Halo? – odebrał, gdy współpracownicy zniknęli w budynku.
– Lepiej, żeby to przyniosło jakieś konkrety! – zagrzmiał Wróbel.
– Na to liczę – skomentował Witek.
– Zdajesz sobie sprawę, że traktujemy cię ulgowo? Za twoje odzywki nie tylko nie musiałem się na to zgadzać, mogłem wpisać ci naganę.
Na roku Bartka studiowało sześćdziesiąt osób. By ich wszystkich sprawnie przesłuchać, Witek zabrał ze sobą niemal pół komendy. Ledwo udało mu się na to namówić Wróbla, zwłaszcza po niefortunnym żarcie z kawiarnią. Narastająca presja medialna i niecierpliwość prokuratora pomogły jednak przekonać starego komendanta.
– Wiem. I tak byśmy tu przyjechali, szefciu.
Komendant westchnął.
– Masz szczęście, że wciąż cię lubię…. Zepnij zadek, ta sprawa staje się zbyt głośna. Dziś mówili o niej w ogólnopolskiej telewizji.
– Jestem już blisko – zapewnił i rozłączył się.
Prokurator rzeczywiście nie czekał długo z telefonem.
– Co słychać, panie Jerzyński? – Witek zagadnął lekko.
– Czemu jeszcze nie ma pan żadnego oficjalnego podejrzanego? – prokurator spytał oschle.
– Bo co chwilę odbieram telefony – skontrował Iwański, nie zamierzał zdradzać mu swej teorii, nim sam się w niej nie upewni. – I właśnie, muszę kończyć. Trzym się pan.
Rozłączył się i wszedł do budynku. W Biurze Samorządu czekał już na niego Szymczak i podejrzany chłopak.
– Czyli ty jesteś Florek? – zagadnął Witek, siadając. – Ciekawie imię.
– Podobno rodzice chcieli, żebym się wyróżniał.
– Podobno?
– Tak stało w liście, z którym znaleźli mnie pod drzwiami bidula – dwudziestokilkulatek odpowiedział krótko.
– Trudne dzieciństwo? – notujący wszystko Szymczak wtrącił się.
– Bywało ciężko – mruknął Florian. – Ale nie po to zrobiliście całą tą szopkę z obowiązkowym spotkaniem w sprawie licencjatu. Nastraszyli nas, że zgubili autorów prac i każdy będzie musiał rozpoznać swoją!
– Całkiem sprytne – skwitował Witek. – Przyszliśmy porozmawiać o twoim dobrym przyjacielu.
– Bartek – Florian zauważył od razu. Nie zasmucił się, jak pozostałe osoby, z którymi Witek dotąd gadał. Zamiast tego zaczął się pocić, wiercił się na krześle i rozglądał po ścianach.
– W ostatni piątek umówiliście się na piwo.
– Tak, odebrałem go z roboty.
– Co było dalej?
– Poszliśmy do sklepu, później na chwilę do niego, żeby wziął prysznic. Mieliśmy iść nad Wartę, lecz niestety tam nie dotarliśmy. Rozstaliśmy się przy zejściu nad rzekę.
– Dlaczego?
– Bartek grzebał się pod tym prysznicem a ja miałem umówioną randkę. Wiedział, że będę mieć tylko chwilę. Musiałem lecieć do Marzenki.
– A Bartek?
– Stwierdził, że pójdzie sam. Lubił przesiadywać nad rzeką, mówił, że to go uspokaja.
– A co robiłeś wczoraj na osiedlu? Czemu przede mną uciekłeś? – Szymczak miał nadzieję zagiąć chłopaka.
– Chciałem odwiedzić jego babcię. Pan też? Musiałem nie zauważyć – odpowiedział za szybko, zbyt nerwowo.
Na nieszczęście policjantów, Marzenka potwierdziła jednak wersję Floriana. A za Marzeną również Jagoda, jej współlokatorka. Według ich relacji, Florek był u nich aż do rana.
– Coś mi tu śmierdzi – Iwański powiedział do Szymczaka po godzinie dwunastej. – Chłopak jest nerwowy, ukrywa coś przed nami. Prześwietl go.
– Nakładamy też ogon?
– Obowiązkowo.
IX
Piątek, 30 czerwca
godz. 20:45
– Jak było na treningu? – zapytał Szymczak, gdy poczuł uścisk dłoni na ramieniu.
Iwański rzucił torbę koło leżaka. Z niedopiętej kieszeni wysunął się zielony pas.
– Trochę zesztywniałem, kazali mi się więcej rozciągać przed zawodami.
– A aikido nie powinno być możliwe do użycia dla wszystkich, nawet starszych i zesztywniałych osób?
– I jest – Iwański mruknął, popijając podsuniętą mu pod nos whiskey. Szymczak miał aperola. – Dzięki… Ale jest dużo łatwiejsze i skuteczniejsze, gdy jesteś gibki. W końcu przypomina trochę taniec.
– Jasne, jasne – Szymczak uniósł ręce.
– Powinieneś kiedyś spróbować.
– Zostanę przy siłowni i bieganiu.
– Tym się nie obronisz.
– Nie bój się, poradzę sobie – zapewnił Szymczak. – Prokurator dziś do mnie wydzwaniał. Mają dość czekania.
– Do ciebie też? – Iwański zdziwił się. – Wróbel musi być podkurwiony.
Kilka dni obserwacji nic nie wniosło. Florian zachowywał się jak typowy student. Chodził na zajęcia, chodził na piwo. Nic ciekawego.
– Byłem pewien, że znajdziemy coś przy przeszukaniu mieszkania – Szymczak westchnął, popijając drinka.
– Musiał gdzieś skitrać ten zegarek, przezorny gość.
– Ma doświadczenie.
To była prawda. W aktach Florian miał drobne kradzieże. Jak się dowiedzieli, jego sytuacja finansowa była opłakana. Ledwo utrzymywał się w bursie. Na studiach też kiepsko sobie radził. Ale w tej sprawie zdawał się być czysty.
– Dziennikarzyna też nam się nie przydaje – podsumował Szymczak. Obecny rzeczywiście, nie zadzwonił ani razu. – Ładnie tu, musimy częściej wpadać.
Siedzieli chwilę, gadając o tym i o niczym. W końcu Iwańskiego olśniło.
– Mam! – krzyknął, dopijając drinka triumfalnie.
– Co takiego? – Szymczak oblał się, wystraszony.
– Zobaczysz – powiedział, wybierając numer do Mikołaja Obecnego.
X
Sobota, 1 lipca
godz. 18:30
Mamy przełom w sprawie morderstwa nad Wartą. Przypomnijmy, Bartek W. Został znaleziony martwy w 24 czerwca, w sobotę rano. Telewizja WTK jako pierwsza informuje o szczegółach złapania sprawcy. Mikołaju, kto stoi za tą zbrodnią?
Na ekranie pojawił się Mikołaj Obecny. Poważny i skupiony. W tle mrugały policyjne światła.
Za moimi plecami policja pakuje właśnie swój sprzęt, na stałe opuszczając blok 19N. Nie będzie im już potrzebny, bo sprawcę udało się pochwycić.
Kamera zrobiła najazd na blok, następnie w kadrze pojawił się Iwański.
Panie komisarzu, jak udało się wam złapać winnego?
– Zatrzymany na początku dochodzenia bezdomny wrócił na komendę. Przyznał się do winy, w okolicach miejsca zbrodni zarejestrował go również monitoring umieszczony pod Mostem Królowej Jadwigi. Z naszych ustaleń wynika, że całość była nieszczęśliwym wypadkiem.
To znaczy?
– Bartek, prawdopodobnie przypadkiem, wpadł na niego w zaroślach. Bezdomny poczuł się obrażony i odepchnął chłopaka. Ten stracił równowagę i, na swoje nieszczęście, uderzył głową w kamień.
– Nawet nieźle wypadłeś. Lekkie drewno, ale autentycznie – Szymczak zaklaskał Iwańskiemu.
– Ciiii – odpowiedział tylko Witek. – Patrz, teraz będzie Janina.
– Dobrze, że złapano winnego, ale trudno mówić tu o szczęściu… Nie odzyskaliśmy wnuka. W najbliższym czasie nie będziemy w stanie się zmusić, żeby przejść przez próg tego mieszkania – zapewniła Janina. – Później zastanowimy się co z nim zrobić.
Iwański wyłączył telewizor, nim materiał dobiegł końca. Wyciągnął się na kanapie, patrząc w sufit.
– Wypadło całkiem nieźle – Szymczak powtórzył. – Do rana ogólnopolskie media pewnie podchwycą temat.
– Oby Florek złapał haczyk, musiałem długo namawiać Wróbla i Jerzyńskiego, żeby się na to zgodzili. Obecny też się cykał. Uspokoił się dopiero, jak zagwarantowałem mu, że później będę mówić, że bez niego nie udałoby nam się złapać prawdziwego sprawcy.
– Musimy teraz obserwować to mieszkanie i Floriana jeszcze uważniej niż dotąd.
– Sąsiedzi z piętra zgodzili się, by zostało u nich dwóch policjantów. W samochodzie pod blokiem czatuje Kowalska a my od jutra będziemy czekać w samym mieszkaniu.
– W takim razie, chłopak nam się nie wyślizgnie.
– Oby tylko przyszedł.
– Jest spłukany i wie, że w mieszkaniu Bartka było więcej wartościowych rzeczy. Musi wrócić – Iwański przekonywał przede wszystkim siebie. – Musi.
XI
Poniedziałek, 3 lipca
Zamek zagrzechotał cicho, gdy obrócił się w nim klucz. Iwański spojrzał na zegarek. Dwudziesta druga. Wstrzymał oddech i rozluźnił nadgarstki. Zasunął drzwi szafy tak, by przez niewielką szparę w szafie widzieć salon i by samemu nie być widocznym.
Drzwi otworzyły się, do mieszkania weszła postać w kapturze. Rozejrzała się ostrożnie, po czym podeszła do okien. Powoli i po cichu zasunęła rolety. Włączyła światło.
Iwański wyraźnie zobaczył wychudzoną twarz Floriana. Chłopak szybko i strachliwe zaczął szperać po szufladach i szafkach, wpychając do plecaka co ciekawsze przedmioty.
Gdy przeszedł do kuchni i zajął się pozłacanymi sztućcami, Iwański wyszedł z szafy.
– Ani drgnij – rozkazał zimno.
Florian odwrócił się, a Iwański odbezpieczył broń. W korytarzu po lewej pojawił się Szymczak, blokując gagatkowi drogę do drzwi.
Oczy Floriana rozszerzyły się ze strachu, spojrzenie miał dzikie. Wiedział, że wpadł, jednak nie myślał racjonalnie. Zadziałał instynkt.
Młodzieniec złapał pozostawiony na kuchence garnek i rzucił w Iwańskiego. Policjant nie zdążył się uchylić, upuścił pistolet. W tym czasie Florian przepychał się już przez Szymczaka. Dźgnął go nożem w ramię, wytrącając mu pistolet z ręki. Raniony policjant krzyknął z bólu.
– Szymczak! – wrzasnął Witek. – O ty gnoju!
Policjant przeskoczył przez kanapę, stając Florianowi na drodze. Ten próbował dźgnąć i jego, policjant był jednak przygotowany.
Chwycił go za nadgarstek, drugą dłonią łapiąc go pod łokieć. Następnie używając siły napastnika, zgiął mu rękę, tak by ten pochylił się i stracił równowagę. Iwański po okręgu, szybko i brutalnie położył go na posadzkę i przygniótł kolanem tuż na koniuszku łopatki. Tak by każda próba uwolnienia się, przysparzała chłopakowi bólu.
Sensei byłaby z niego dumna.
Do mieszkania szybko wpadli pozostali zaczajeni w bloku policjanci. Gdy Iwański upewnił się, że Szymczakowi nic poważnego nie grozi, podciągnął Floriana do siadu i oparł o ścianę.
– Gratuluję, odpowiesz również za napaść na funkcjonariusza na służbie – zawarczał. – A teraz mów, co naprawdę wydarzyło się w piątek wieczorem.
Florian był blady jak ściana i oddychał płytko. Już nie próbował się szarpać, z oczu zaczęły lecieć mu łzy.
– Gadaj! – Iwański potrząsnął nim, bez krzty współczucia. Chłopak nie tylko zabił Bartka, kłamał i kradł. Mógł też zabić Szymczaka. – Odebrałeś go z pracy i dotarliście do mieszkania. Tam go okradłeś, a on pewnie się zorientował, co? Odpowiadaj!
Florian pokiwał głową, biorąc głęboki wdech.
– Gdy go odbierałem z pracy, byłem już trochę wstawiony. Zagrozili mi, że wyrzucą mnie z bursy jak nie zapłacę pobytu. Gdy Bartek się mył pomyślałem, że zegarek musi być sporo wart. Chciałem go zastawić w lombardzie, za jakiś czas wykupić i mu oddać. Potrzebowałem tej kasy na już!
– I nie pomyślałeś…
– Nie byłem trzeźwy, nie myślałem – Florian przerwał Iwańskiemu pytanie. Chłopak pękł, słowa same z niego wypływały. – Zegarek wypadł mi na schodach. Szybko go podniosłem, ale Bartek to zauważył. Krzyczał, żebym go oddał. Pytał, jak mogłem to zrobić. Chciałem uciec, ale… ale
– No!? – Iwański warknął. Ledwie zwrócił uwagę, że opatrzony pospiesznie Szymczak przysiadł obok nich.
– Bartek chciał mnie zatrzymać… Popchnąłem go na schody, a on… on już nie wstał. Spanikowałem, ukryłem go w krzakach i zabrałem rzeczy. Bartek opowiadał mi o koczujących blisko bezdomnych, pomyślałem, że będzie na nich… i uciekłem. Ja… ja nie chciałem go zabić.
– Dalszą część zostaw sobie dla prokuratora – Iwański podciągnął sprawcę do pionu i wepchnął w ręce podwładnych. Ci zakuli go błyskawicznie i wyprowadzili z mieszkania.
Witek raz jeszcze skontrolował stan Szymczaka. Szczęśliwie policjant stał już o własnych siłach, rana nie była groźna.
– To tylko draśnięcie – Iwo zapewnił go. – Chyba jednak rozważę to aikido. Czasem się przydaje… Gratuluję, Witek.
Iwański dopiero teraz uśmiechnął się lekko. Wziął głęboki oddech i odwrócił się do pozostałych w mieszkaniu policjantów.
– Panie i panowie, zamykamy sprawę. Dobra robota.
