Zegarek z pozłacanym lwem

Anna Zborowska

Anna Zborowska

AUTOR
BIOGRAFIA

Jestem dziennikarką, laureatką kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów literackich, m.in. Konkursu „Krajobrazy Słowa” i „ProzaTory Zachodniopomorskie”. Ukończyłam WNPiD UAM w Poznaniu. Działam jako edukatorka w zakresie generatywnej sztucznej inteligencji. Moje opowiadania ukazały się w licznych antologiach i czasopismach literackich.
Zapraszam na swoja stronę www.annazborowska.pl

Breslau, kwiecień 1945

Plan był prosty. Mieli spotkać się o północy i ruszyć w stronę Breslau Odertor[1] z ręcznie popychanymi wózkami. Helena i Piotr dostaliby się do dworca, a potem na cmentarz Oswitzer Weg[2]. Tam porzuciliby rekwizyty robotników. Zawartość niesionego plecaka, czyli drobne kosztowności, pochowaliby w butach i spodniach. Spotkanym Niemcom przedstawiliby fikcyjny dokument od majstra, że wysłano ich do pracy na Ostwitz[3]. Minęliby nasyp kolejowy i weszliby do ogródków działkowych rozdzielającą linię frontu.

Dalszy bieg wypadków zależał od tego, jak daleko mieli znajdować się Ruscy. Piotr doszedł do wniosku, że woli przekroczyć granice Breslau i liczyć na łaskę Armii Czerwonej. To lepsze niż czekanie, aż któregoś dnia zabije go bomba albo kula. Z kolei Helena miała nadzieję, że uda im się ukryć gdzieś i przeczekać tę cholerną wojnę.

Wszystko zostało ustalone, ale minęła trzecia w nocy, a Piotr się nie pojawił.

Helena wsuwała palce dłoni w znoszone buty, by złagodzić ból odcisków. Kucała za drucianym płotem. Przy Adalbertstrasse[4] nad domami przeleciał klucz bombowców z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach, wyraźnie widocznych w snopach świateł przeciwlotniczych. Pomyślała, że za chwilę z ich pękatych brzuchów wysypie się śmiercionośny ładunek i spadnie na nią. Nie mogła dłużej czekać. Otrzepała się z popiołu. Może jej chłopak zrezygnował z ucieczki, a może coś go zatrzymało.

Kiedy była przy Gneisenaustrasse[5], zauważyła robotników z wózkami. Zmierzali do miejsca pochówku na skwer obok dworca. Wtem zamarła z przerażenia. Na jednym z wózków rozpoznała znajomą sylwetkę. To był Piotr.

Helena wstrzymała oddech, kiedy dostrzegła jego ciało. Zmarły miał krwawy ślad na klatce piersiowej. Zaschnięta dziura była czarna. Blada twarz z kędziorami włosów wyglądała jak odlana z wosku. Nawet nie zamknięto Piotrowi oczu, a półprzymknięte źrenice błyszczały jak dwa paciorki w migoczących światłach samolotów.

– Chryste, co mu się stało?

Helena podbiegła do robotników, chociaż nie powinna była tego robić. Nie potrafiłaby wyjaśnić swojej obecności w tej części miasta bez wzbudzania podejrzeń.

Mężczyzna ciągnący wózek spojrzał na nią spode łba.

– A ty, dziołcha, go znosz? Legnął się na ulicy. Nie mioł chop szczynścio. Tu kaj padają bomby i wszycy strzylają on jedyn zginoł od bagnetu. – Ślązak zatrzymał wózek i sięgnął po papierosa, tak jakby chciał dać kobiecie czas na pożegnanie. – Podziwej się na to dziura w piersi. Jemu ktoś bagnet wbił, jakby szlachtował świnioka.

Helena dotknęła twarzy zmarłego, a potem zaczęła przetrząsać jego kieszenie. Piotr miał na sobie podszyty wiatrem płaszcz oraz skarpetki
w czarno-białe paski. Dostał te łachy w fabryce, w której pracował. Cały magazyn był tam zawalony rzeczami odebranymi Żydom. Tylko spodnie Piotr miał własne. To w nich został aresztowany przez Niemców i przywieziony do Breslau.

– Zabraliście mu coś? – szepnęła Helena.

Ślązak spojrzał na nią zaskoczony.

– My? Co jemu mieli wziunć? On je biedny jako maus od farorza.

– Miał ze sobą torbę. Taką szarą, do przewieszenia na ramię.

Mężczyzna pokręcił głową. Mówił prawdę – pracownicy nie mieliby gdzie schować zawartości torby Piotra. Ktoś inny musiał go zabić, a potem okraść. Chyba że Piotr nie wziął ze sobą zawartości skrytki. Helena zamierzała to sprawdzić, ale zabrakło jej siły. Oparła się o ścianę kamienicy, aby nie upaść. Stała znieruchomiała z zamkniętymi oczami. Gdy je otworzyła, wózek zniknął za rogiem.

Nie potrafiła zdobyć się na samotną ucieczkę. Miewała już myśli samobójcze, bo czymś prostszym wydawało się połknięcie kilku torebek
z proszkiem nasennym niż stanięcie oko w oko z Sowietami. Chociaż – myślała, wpatrzona w pojaśniałe od reflektorów obrony przeciwlotniczej niebo – czy jej obecny los różnił się od tego, którego doświadczyłaby za granicami miasta? I tak czekały ją bezsenne noce i apatia. Ostatnio, gdy płonął dom ledwie parę metrów od jej kryjówki, nie podniosła się z łóżka. Miała szczęście, bo pożar ugaszono, nim zdążył jej objąć piwnicę.

Teraz i Piotr ją opuścił. Może Helena przyjęłaby jego śmierć z pokorą, gdyby nie niesprawiedliwość losu, który stał się jego udziałem. Ktoś wbił mu nóż w serce. Nie dał mu szansy na opuszczenie tej oblężonej twierdzy, w której od bomb, chorób i ran ginęły codziennie setki ludzi.

Wróciła do swojej piwnicznej nory. Dręczona koszmarami, z ledwością przespała kilka godzin. Nazajutrz podjęła decyzję. Trzeba działać. Założyła wysłużone palto i z chustką na głowie poszła do firmy budowlanej „Oskar Wegner A.G.”.

Zastała Tadeusza Pawelca z młotkiem w ręce i gwoździami w zębach. Zabijał deskami okna wystawowe w sklepie. Był stary, więc mógł wyjechać na początku stycznia z Breslau, gdy miasto przekształcano w twierdzę i szykowano je do obrony. On jednak wolał zostać tu niż narażać się na tułaczkę w dwudziestostopniowym mrozie.

Helena spytała, czy Tadeusz widział ostatnio Piotra. Celowo nie zdradziła się z informacją, że chłopak nie żyje. Wiedziała, że zabójca może ujawnić się sam, nieopatrznie wypowiedzianym słowem, faktem, którego nie powinien znać lub mówieniem o ofierze w czasie przeszłym.

Tadeusz wypluł gwoździe na dłoń.

– Robi od tygodnia u szewca – oznajmił i skrzywił się. – Musisz wejść od tyłu.

Helena wykorzystała chwilę, w której majster pochylił się nad skrzynką z narzędziami, by lepiej mu się przyjrzeć. Chuderlawy intelektualista sięgający jej do brody. Trudno było wyobrazić sobie tego kalekę wbijającego w pierś przyjaciela bagnet. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Nie spuszczając z niego wzroku, Helena spytała:

– Wiesz, że Piotr planuje uciec z Breslau?

– Po kiego? – zdziwił się Tadzio. – Znaczy się, pogadaj z nim lepiej, by dał sobie spokój. Każdy głupol wie, że wyzwolą nas lada moment. Dali Bóg, Szwaby same już zniszczyły to piękne miasto i jeszcze im mało. Armia Czerwona powybija tych łajdaków.

Wbił młotkiem gwóźdź w drewno. Helena wyobraziła go sobie, że celuje w czyjeś serce. Czuła, że oblewa ją zimny pot. Zauważyła, że znajomemu dokucza kolano.

– Co z twoją nogą? – zapytała.

– Ach, psiakrew! – rzucił z lekceważeniem. – Wypadek przy demontażu maszyn. Na szczęście nic groźnego.

Rozległ się grzmot. Dźwięk przypominał pękającą lodową krę. Był sygnałem, że samoloty zaczęły zrzucać bomby, na szczęście gdzieś daleko. Tadzio zniknął w budynku, a Helena zdecydowała, że pobiegnie do zakładu szewskiego. Mieścił się niedaleko przy Friedrich-Wilhelm-Strasse[6].

Gdyby nie naloty, ludzie spędzaliby ten ciepły kwietniowy dzień na świeżym powietrzu. Niestety, Niemcy zgłosili chęć kapitulacji jeszcze przed świętami wielkanocnymi pierwszego kwietnia, ale okazało się, że zwodzili dowództwo rosyjskie.

Helena udała dla niepoznaki, że podziwia parę lśniących butów na cudem ocalałym oknie wystawowym, a potem weszła do budynku z czerwonej cegły od tyłu. Uderzył ją ostry zapach węgla, którego dorzucano ponad miarę. Wielu obcokrajowców dokładało się w ten sposób do klęski gospodarczej Niemiec. W środku znajdował się piecyk żelazny, maszyna czyszczarka i prasy do klejenia obuwia. Tylna część warsztatu była słabo oświetlona i przegrodzona płócienną kotarą. Tam Helena mogła pozostać niewidoczna dla osób z zewnątrz.

U szewca zatrudniano trzech Polaków, dwóch Czechów, czterech Francuzów, starego Niemca spod Namysłowa oraz Chorwata. Ten ostatni,
o nazwisku Antonović, cieszył się szacunkiem u esesmanów. Stemplował na komisariacie karty pracy, które obowiązywały wszystkich pozostających
w Festung Breslau. Nie on jednak interesował Helenę, lecz koledzy Piotra.

– Hej, hej!

Dała znać Kamińskiemu, aby do niej podszedł. Zdawało się, że ten chłopak potrafi jedynie biegać, a chodzenie było dla niego równie trudne, co dla niedźwiedzia dreptanie na dwóch łapach. Nim zdążyła się odezwać, Kamiński chwycił ją za ramię.

– Hanka, dobrze, że jesteś – oznajmił. – Nie ma Piotrka w pracy. Wiesz, co z nim?

Za każdym razem przeinaczał jej imię, ale ona zdążyła się przyzwyczaić. Poprawiła niesforny lok, który wydobył się spod jej chusty. Pokręciła głową.

Pozostali pracownicy zerkali na parę spode łba. Szczególnie jeden z Francuzów. Mężczyzna o nazwisku Cuzimano spojrzał na Helenę uważnie, przechodząc obok pieca. On i jego koledzy mieli lepsze warunki bytowe niż Polacy. Mieszkali w zadbanych barakach, nie byli oznakowani i mogli wszędzie chodzić. Helena nie znała francuskiego, a Cuzimano i jego świta nie znali żadnego języka poza ojczystym, dlatego ich rozmowa ograniczała się do wymiany grzecznościowych spostrzeżeń. Łączyło ich jedno hasło: „Hitler kaputt”.

Helena nie chciała mówić nikomu o śmierci Piotra, ale czuła, że musi zrzucić ciężar z serca i podzielić się tajemnicą z kimś, kto zrozumie jej nieszczęście. Trudno jej było podejrzewać Kamińskiego o zabicie przyjaciela. Miała słabość do tego chłopaka, z czego zdawała sobie sprawę. Wyglądał jak ucieleśnienie rasowego snu Himmlera: był wysoki, umięśniony, o płowych włosach. Miał błękitne oczy, w których niejedna dziewczyna mogła się zatopić. Przed oblężeniem do chłopaka zalecało się kilka Niemek. Kamiński uciekał od tych kobiet czym prędzej, bo za intymne kontakty z obywatelkami III Rzeszy groził mu obóz koncentracyjny.

Wzięła głęboki wdech, a potem zaczęła mówić szybko, by zdążyć doprowadzić opowieść do końca, nim przerwie jej Chorwat i wezwie Kamińskiego do pracy.

– Piotr został zamordowany…

Kiedy rozpoczęło się oblężenie Breslau, Niemcy masowo opuszczali miasto. Wtedy Helena i Piotr wykorzystali powstałe zamieszanie i zaczęli rabować wille. W altance na północnych krańcach miasta zrobili skrytkę, do której wrzucali łańcuszki, pierścionki, broszki, czyli wszystko to, co wpadło im w ręce. Znalazły się tam również posrebrzane spinki, kolczyki z białego złota, ozdobny nóż do papieru i przeróżne kieszonkowe zegarki. Jeden z nich szczególnie podobał się Helenie. Był to niewielki damski zegarek na łańcuszku z lwem wyrzeźbionym na kopercie. Antyk, prawdopodobnie z osiemnastego wieku. Te skarby miały pomóc Helenie i Piotrowi przetrwać poza granicami miasta. Mogli przekupić nimi ruskich sołdatów albo Niemców udzielających im schronienia.

Helena przerwała opowieść, gdy ktoś zaczął kręcić się w pobliżu. To był Cuzimano. On i tak nie rozumiał po polsku, ale na wszelki wypadek ściszyła głos.

– Rodzina, u której pracowałam, wyjechała. Wzięli jednokonny wóz, ledwie parę rzeczy załadowali na bagaż. Myśleli, że wrócą lada dzień.
Z Piotrusiem chodziliśmy po domach i braliśmy, co nam w ręce wpadło. Wtedy nikt sobie tymi skarbami nie zawracał głowy. Jestem pewna, że Piotrek wziął ze sobą torbę – dodała – bo skrytka jest pusta.

Helena była pewna, że to nie żandarmeria ani policja zabiła Piotra. Tamci by go zastrzelili, nie bawiąc się w jakieś krwawe jatki z użyciem bagnetu. Jej narzeczony potrafił walczyć wręcz, był dobrym żołnierzem, przeżył Powstanie Warszawskie. Pomyślała, że musiał to być ktoś, kogo Piotr znał. To uśpiło jego czujność, a potem został znienacka zaatakowany.

Kamiński pokręcił głową.

– Ty chcesz szukać zabójcy? Hanka, każdy mógł go napaść. Polak czy Niemiec… Niech mnie, łatwo dzisiaj stracić życie. Przykro mi.

Kamiński zrobił znak krzyża. Jego brak wiary w wymierzenie sprawiedliwości uraził Helenę. Poczuła, że do oczu napływają jej łzy. Wzruszyła ramionami.

– Co teraz zrobisz?

– Pójdę do burdelu – odpowiedziała.

– Słucham?

Helena odwróciła się do Kamińskiego plecami.

– Nie wiesz? Nasi tam handlują w poczekalni. Piotr wymieniał papierosy na odzież.

Obok więzienia przy Kletschkauerstrasse[7], po prawej stronie wjazdu stał barak z napisem: „Nur für Ausländer”. Helena weszła do środka i ruszyła przed siebie wąskim korytarzem. Dotarła do okienka kasy, gdzie zatrzymała ją starsza kobieta z niewielkim szarym zarostem nad górną wargą. Po zapłaceniu burdelmamie pół marki Helena dopchała się do zatłoczonej poczekalni.

W pierwszym momencie, przez kłęby dymu nie mogła niczego dostrzec. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że weszła do kwadratowej izby z ławkami pod ścianami. Tam siedzieli klienci, przeważnie Francuzi w wybrylantynowanymi fryzurami.
Z tyłu znajdowały się drzwi do tylnej części baraku, ale wchodziło się tam dopiero po opłaceniu „usługi”.

Helena widziała Ukraińców, Włochów, Serbów i nielicznych Polaków. Kręciły się między nimi kobiety: Francuzki, Ukrainki, Polki. Niektóre ostro umalowane, z odsłoniętymi ramionami, inne – ubrane jak sprzedawczynie, ale przybierające wymowne pozy albo śpiewające wulgarne piosenki.

Pośrodku sali odbywał się zakonspirowany handel. Sprzedawcy prezentowali na sobie ubrania, a zainteresowany podchodził i monosylabami pytał: „Ile?”. „Sto!” – szeptem uzgadniano cenę, a potem obaj oddzielnie wychodzili z baraku. Z dala od cudzych oczu wymieniali marki na towar.

Helena zaczepiła jedną z dziewczyn. Kobieta miała rozpuszczone jasne włosy, umalowane usta i odsłonięty dekolt. Ciekło jej z nosa, a na policzkach widniały oparzenia, nieudolnie zakryte makijażem. Nieznajoma była Polką. Gdy Helena powiedziała jej, że szuka narzeczonego, który kupował w tym miejscu różne przedmioty, tamta parsknęła śmiechem, jakby chciała powiedzieć: „Oczywiście, wszyscy wyłącznie kupują”.

– Masz jego zdjęcie, złotko?

Helena pokręciła głową. Opisała wygląd Piotra najdokładniej, jak potrafiła, ale prostytutka machnęła ręką.

– Dziesiątki takich widziałam. Spytaj tamtych sprzedawczyków.

Helena tego się obawiała. Mężczyźni zwykle nie chcieli z nią rozmawiać. Mimo to podeszła do faceta, który prezentował właśnie długi do ziemi płaszcz. Gdy sprzedający zorientował się, że Helenie nie chodzi o zakup, zbył ją nieuprzejmie.

– Tu albo sprzedajesz dupę, albo coś kupujesz. A jak nie, to spieprzaj.

Wyszła z baraku zła na siebie, że w ogóle tu przyszła.

Tramwaje jeszcze jeździły. Przynajmniej na niektórych liniach. Wsiadła do wagonu na placu Królewskim[8]. Kiedy tramwaj wjechał na most[9], znów nadleciały ruskie samoloty. Pojazd znajdował się w połowie drogi ponad Odrą. Pasażerowie kazali motorniczemu się zatrzymać, a potem rzucili się do ucieczki. Na szczęście Sowieci minęli most i polecieli dalej. W zamieszaniu Helena chwyciła z ziemi stratowaną buciorami gazetę. Z pierwszej strony dowiedziała, że zmarł Roosevelt. Jakie to teraz miało znaczenie? Piotr nie żyje. To było najważniejsze.

Gdy wróciła do piwnicy, powiedziała o amerykańskim prezydencie Kasi. We dwie ukrywały się i czekały, aż oblężenie Breslau się zakończy, jednak nie wtajemniczała jej wcześniej w swoje ucieczkowe plany. Piotr zabronił jej o tym mówić z kimkolwiek.

– Amerykanie są za daleko żeby wyzwolić Breslau – stwierdziła dziewczyna bez entuzjazmu. – Tu wejdą Ruskie i zgwałcą każdą dziewczynę, która im wpadnie w łapy.

Katarzyna i Helena dużo rozmawiały. Zdążyły się zaprzyjaźnić. Kasia wracała wspomnieniami do obozu koncentracyjnego. Mówiła o ciężkich robotach i głodowych racjach żywnościowych. Polacy próbowali pomagać Rodakom i rzucali przez druty jedzenie, ale Niemcy nie pozwalali zbliżyć się do ogrodzenia. Z kolei Helena była kiedyś świadkiem dręczenia Sowietów w fabryce przy młynie. Jeńcy – obdarci, chudzi jak szkielety – mdleli podczas pracy. Gdy jeden z nich podniósł z ziemi skórkę od chleba, dostał od Niemca kolbą karabinu.

– Teraz to jeńcy muszą wziąć odwet na Niemcach – stwierdziła dziewczyna.

Katarzyna wydawała się dobrą, skromną osobą, ale Helena nauczyła się w czasie wojny, że lojalność potrafi być niewiele warta w obliczu ratowania życia lub nabycia przywilejów. Na wszelki wypadek, pod nieobecność Kasi, przeszukała dokładnie piwnicę, aby sprawdzić, czy nie ma w niej zrabowanych skarbów. Wiedziała, że ktoś, kto ma te kosztowności, jest sprawcą. Niczego nie znalazła. W końcu złapała się na tym że to przecież absurd. Ta drobna dziewczyna nie byłaby w stanie zabić silnego mężczyzny, wbijając mu w serce bagnet.

Kolejne dni zaczęły jej się zlewać w jeden. Już nie tylko bombardowania, ale i ostrzał artyleryjski dołączył się do codziennej kanonady. Za dnia trzeba więc było siedzieć w piwnicy i liczyć, że nic nie wybuchnie nad głową. Dopiero po zmroku Helena wymykała się z kryjówki i kręciła się po mieście, szukając… sama do końca nie wiedziała czego. Śledziła Kamińskiego, czasem odwiedzała Tadzia, zdarzało się, że szpiegowała innych pracowników zakładu. Nie doprowadziło jej to do żadnych tropów.

Podczas jednej z takich wędrówek skończyło się jej szczęście. Niedaleko niej wybuchł pocisk artyleryjski. Fala uderzeniowa rzuciła ją
o ścianę kamienicy. Prócz częściowo spalonych włosów i brzydkiej rany idącej wzdłuż policzka aż do łuku brwiowego, Helenie nic poważniejszego się nie stało. Trafiła do szpitala dla Polaków i innych mniejszości narodowych, który znajdował się w gmachu szkoły zawodowej przy Clausewitzstrasse[10].

Na korytarzach, w łazienkach, załamaniach pod schodami, komórkach ukrywali się ludzie. Z podziemi słyszeli, jak przez głośniki Sowieci wzywali Niemców do zaprzestania oporu: „Berlin zdobyty”. Dowództwo obrony miasta nie zamierzało się poddawać.  Wydawało się, że będą bronić oblężonej twierdzy do ostatniego żywego człowieka. W końcu walczyli o swoje miasto.

W małej piwniczce, oddzielonej kocem od korytarza, gdzie splatało się mnóstwo rur wodociągowych, kanalizacyjnych i gazowych, przy świetle świecy lub karbidowej lampki rowerowej – amputowano ręce i nogi, zszywano rany. Często lekarze byli tak przesiąknięci krwią, że koszule kleiły im się do ciała. Helena, gdy po dwóch dniach doszła do siebie, zdecydowała, że nie może leżeć i nic nie robić. Ścięła przypalone włosy na krótko i zgłosiła się do pomocy rannym. W kryjówce miała trochę bandaży i lekarstw ukradzionych z magazynów przy linii frontu. Przyniosła je do szpitala.

Trzeba było oszczędzać świeczki, dlatego ranni leżeli w całkowitych ciemnościach. Kiedy brakowało bandaży, rozrywano koszule, aby opatrzyć ofiary. W rurach nad głowami bulgotały nieczystości. Ściany drżały, chwiały się od wybuchów pocisków. Niektórych dotykało szaleństwo.

Piątego maja w mieście zapadła cisza. Nie słychać było strzałów ani odgłosów bombardowań. O siedemnastej zaczęła krążyć pogłoska, że wojsko niemieckie będzie składać broń. Szybko okazało się to prawdą. Polacy świętowali. Ktoś przytaszczył kradzioną beczkę z winem.

Gdy Helena szła prawą stroną Benderplatz[11], widziała, jak od strony Breslau Odertor drepcze grupa jeńców. Z niedowierzaniem zauważyła, że prowadzący ich żołnierze mieli na głowach rogatywki. Podbiegła do nich.

– Paniowie, Jezus Maria, wy Polacy!

– A co się panienka dziwi? My aż od Stanisławowa przyszli bić Niemca. I chyba tu już ostaniem się – wyjaśnił wąsaty sierżant mówiący ze śpiewnym, kresowym akcentem.

– To polskie wojsko tu na stałe?

– Już my tego Wrocławia Niemiaszkom nie oddamy. Niech panienka idzie na Scheitniger Strasse[12]. Tam nasza jednostka. Chłopcy się panienką zaopiekują. Tam bab potrzeba do gotowania i cerowania mundurów. No, niech panienka idzie!

Stała jeszcze przez chwilę, patrząc przez łzy na polskie mundury i rogate czapki, a potem pobiegła, tak jak jej sierżant kazał.

Jeszcze tego samego dnia dostała pracę. Wydawała zupę mieszkańcom Breslau. Miała na głowie opaskę Czerwonego Krzyża i czepek. Gdyby nie jej kobieca sylwetka i fartuch, brano by ją za chłopca. Włosy, które ścięła niemal na łyso, odrastały ledwie widocznymi kępkami. Blizna dodatkowo oszpeciła jej twarz. Przywodziła na myśl pęknięcie, jak na stłuczonej twarzy marmurowej rzeźby.

Miasto było w ruinie. Zabici leżeli jeszcze przy drodze. Komarów i much namnożyło się tak wiele, że jadące samochody tworzyły z owadów koleiny. Porządkowanie miasta rozpoczęto od oczyszczania ulic. Niemcy wywieszali w oknach żółte chorągiewki na znak, że w ich domach panuje tyfus. Wtedy nie musieli brać udziału w odgruzowywaniu.

Helena beznamiętnie patrzyła na jeńców stojących w szeregu. Sądziła, że widok uciekających i wracających do siebie obywateli III Rzeszy wywoła w niej satysfakcję, jednak nie potrafiła wykrzesać z siebie innego uczucia niż litość. Mężczyźni byli w łachmanach, wyczerpani, brudni, nogi mieli poowijane jakimiś szmatami. Usta popękane ze zmęczenia i pragnienia. Sowieci szturchali ich karabinami. Oto role się odwróciły – teraz i niegdysiejsi okupanci stali się ofiarami.

Jeden z Sowietów kopnął mężczyznę stojącego z tyłu. Uniósł nad głowę coś w zaciśniętej pięści. Był to złoty zegarek. Ruski sołdat wyjął ten przedmiot z kieszeni skazańca i teraz pokazywał go kolegom. Pchnięty jeniec padł na kolana. Uniósł głowę, a potem spojrzał wprost na Helenę. Rozpoznała go natychmiast. To był Cuzimano, Francuz pracujący w zakładzie szewskim. Wyciągnął do niej rękę i powiedział z trudem:

– Schwester, Wasser. – Wtem rozpoznał ją. – Pomocy. Daj mi woda, proszę, my po waszej stronie. Ja nie Niemiec, ja z Francji. Mój dziad był Polak.

Helena nie poruszyła się. Przecież razem z Piotrem próbowali niegdyś zagadywać Cuzimano, lecz bełkotał jedynie: „Nur französisch”. Cuzimano wyglądał na wyczerpanego. Helena zawahała się, ale
w końcu podeszła do otwartego okna. Poprosiła jakąś kobietę o garnuszek wody. Wróciła z naczyniem do szeregu. Wtem padł strzał, który przeszedł tuż obok ręki Heleny. Woda chlusnęła na ziemię i oblała gruzy na ulicy. Pocisk karabinowy wbił się w czoło Francuza i rozłupał mu czaszkę wychodząc z tyłu.

Dwóch Ruskich podbiegło do niej. Jeden wykręcił jej nadgarstek, a drugi uderzył kolbą karabinu w czoło. Poczuła przeszywający ból. Upadłaby, ale sołdat z krostami na twarzy chwycił ją mocno i zaraz włożył jej brudną rękę pod spódnice, próbując zerwać majtki.

– Nu dawaj! – ścisnął ją za pierś i przybliżył usta do jej policzka. Poczuła odór alkoholu i tytoniu – Giermanskaja swołocz. Job twoju mać!

– Wanieczka, dawaj trachniom jejo. Nie bojsja – stwierdził drugi żołnierz, chudy i wysoki z wyraźnym zezem. – Eto giermanskaja sucz.

– Puszczaj świnio. Ja Polka! – zawołała przerażona.

– Polka? – zdziwił się zezowaty.

– Nu jeśli ty Polka, to idi na chuj – rzucił Wańka uśmiechając się do niej przyjaźnie. – My tiepier sojuzniki! Na wsjegda.

Klepnął ją w tyłek i odszedł w kierunku jeńców. Naraz przystanął, jakby coś sobie przypomniał. Włożył rękę do kieszeni szynela, pogrzebał w niej a potem odwrócił się uśmiechając się od ucha do ucha. Podszedł do niej i podał jej coś.

– Nu bierij, nie bojsja! Eto trofiejnyje czasy – wyjaśnił i odszedł do kolegów. Najwyraźniej chciał ją w ten sposób przeprosić za uderzenie kolbą, bo przecież nie za te niewinne igraszki i brudną łapę między nogami. Odprowadziła go spojrzeniem a potem spuściła wzrok i popatrzyła na to co wcisnął jej w dłoń. Słoneczne promienie odbiły się od koperty zegarka, na której dumnie stroszył grzywę złoty lew.

[1] Dworzec Nadoodrze.

[2] Cmentarz Osobowicki.

[3] Osobowice.

[4] Ulica Kardynała Wyszyńskiego.

[5] Ulica Generała Józefa Bema.

[6] Ulica Legnicka.

[7] Ulica Kleczkowska.

[8] Plac Jana Pawła II.

[9] Most Sikorskiego.

[10] Ulica Haukego-Bosaka.

[11] Plac Staszica.

[12] Ulica Kardynała Bolesława Kominka.

Dodaj komentarz