Anglicy też mają swoje „Imię Róży”

Wpadłem na te książkę przypadkiem, przeglądając ofertę na mojej platformie z audiobookami. Widać. algorytm znający lepiej niż ja sam, moje czytelnicze gusta doszedł do wniosku, że ta powieść może mi się spodobać. Dodatkowym atutem była jeszcze osoba lektora Janusza Zadury, który moim zdaniem potrafi z każdego tekstu wycisnąć maksimum wartości i ukrytych emocji. Dość powiedzieć, że włączyłem i … przepadłem bez reszty. Wkroczyłem w świat angielskiej reformacji którą sprowadził tak król Henryk VIII, wcale nie z powodów religijnych. Nie zależało mu na odnowie kościoła, ale na unieważnieniu małżeństwa. A że Papież był twardy, Henryk okazał się jeszcze twardszy. Ale to tylko historyczne tło dla opowieści kryminalnej, której akcja toczy się w benedyktyńskim klasztorze. Ktoś w brutalny sposób, za pomocą miecza pozbawia głowy komisarza, przygotowującego likwidację klasztoru. Podejrzany może być każdy z mnichów, bo żadnemu z nich nie zależy na likwidacji miejsca w którym żyją od lat. Dlatego Lord Cromwell, wielki reformator kościoła i państwa wysyła kolejnego urzędnika, błyskotliwego prawnika, garbatego Matthew Shardlake’a. Rozpoczyna się śledztwo które spowoduje, że świat mnichów w ciagu kilku dni zmieni się całkowicie, a święty przybytek, zadrży w posadach. Podobieństwo do słynnej powieści Umberto Eco pewnie nie jest tu przypadkowe. Zreszta autor wcale się z tym nie kryje, zostawiając w tekście pewien wyraźny ślad dla czytelników – detektywów. Umieszcza bowiem w bibliotecznym księgozbiorze klasztoru pewną księgę , której nie dało się odnaleźć w „Imieniu Róży”. O jaką księgę chodzi? Jak przeczytasz to się dowiesz.

Dodaj komentarz