
Pierwszy raz czytałem tę książkę bardzo dawno temu, w połowie lat osiemdziesiątych. Wtedy zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Po raz pierwszy bowiem miałem do czynienia z opowieścią, w której wojnę mogłem obserwować oczyma bohaterów, którzy dla nas, pokolenia wychowanego na „Czterech pancernych i psie” byli bezimiennymi wrogami. Tylko poczciwy Niemiec, obergefreiter Kugel miał imię i nazwisko. Cała reszta nie zasługiwała na głębszą refleksję. W filmach czasu PRL Niemcy byli potrzebni po to, żeby nasi dzielni żołnierze mieli z kim walczyć i kogo pokonywać. Nasz agent Hans Kloss musiał mieć swojego Hermana Brunnera, z którym wygrywał każdy intelektualny pojedynek, bo wiadomo, że z Polakiem żaden Niemiec nie da sobie rady. Tchórzliwi, nikczemni i na wskroś źli Niemcy pojawiali się na ekranach telewizorów, kombinując tylko jak pozbawić życia naszych bohaterów bez skazy. Więc gdy wpadła mi w ręce powieść Kirsta, przeżyłem coś w rodzaju szoku poznawczego. Niemcy w jego powieści mieli imiona i nazwiska, każdy z nich miał swoją historię i bagaż różnych życiowych doświadczeń. Ludzi ci mieli matki, ojców, siostry i braci, do tego jeszcze mieli narzeczone i żony więc siłą rzeczy sami stawali sile ojcami. Ale co najważniejsze, ci źli Niemcy w swoich wyborach, podobnie jak my kierowali się uczuciami, Kochali i nienawidzili, byli bohaterscy i tchórzliwi, mieli poglądy polityczne i dokonywali wyborów w oparciu o moralność lub jej niedostatek. Jak to możliwe, że wcześniej tego nie widziałem? Jak to możliwe, że przez dwadzieścia lat mojego życia nie dostrzegałem w Niemcach ludzi? Przesiąknięci propagandą, byliśmy uczeni nie widzieć człowieka lecz mundur w kolorze felgrau i garnkowaty hełm. Wróg miał być tylko i wyłącznie figurką na strzelnicy historii, a my powinniśmy szkolić się w strzelaniu do tych bezimiennych ludzików, którzy trafieni polską kulą tak śmiesznie wrzeszczeli w polskich wojennych filmach.

I wtedy, gdy wydawać by się mogło, zostałem już na trwałe zainfekowany odpowiednią dawką niechęci, zaprawionej dumą narodową i poczuciem wyższości wpadła mi w ręce „Fabryka oficerów”. Przeczytawszy tę książkę zrozumiałem. że w zasadzie ja i moi równolatkowie z lat osiemdziesiątych niewiele różnimy się od tych niemieckich dwudziestolatków, którzy zostali wrzuceni przez nazistów do maszynki do mięsa, nazywanej przez Kirsta Fabryką oficerów. Oni również uczeni byli przede wszystkim nie widzieć w przeciwniku ludzi ale cel, bezimienny obiekt, który trzeba zlikwidować. Gdybym w tamtych czasach poszedł do wojska pewnie i mnie uczono by tego samego. Nie poszedłem, ale przeczytałem tę książkę a potem wiele innych Hansa Hellmuta Kirsta, który otworzył mi oczy, pokazał, że ludzie z jednej i z drugiej strony frontu są tacy sami, ale to systemy którym służą robią z nich automaty do zabijania. Przepraszam Was drodzy Niemieccy przyjaciele, że nie widziałem w Was ludzi, ale tak mnie wychowała socjalistyczna szkoła i propagandowe filmy. Lecz na szczęście na mojej drodze stanął Kirst i jego książka. To właśnie dzięki niemu i literaturze stałem się innym człowiekiem, któremu łatwiej było później zrozumieć co znaczy słowo empatia. Ona sprawia, że łatwiej jest pojąć to co wydaje się obce i niepojęte, jeśli tylko spróbujemy spojrzeć na świat z innej perspektywy.
Dlatego, jeśli masz okazję, weź tę książkę do reki, przeczytaj i pomyśl o tym że ci których się boisz tylko dlatego że są obcy, tak naprawdę są tacy sami jak ty. Też potrafią kochać i też się boją. Boją się …ciebie. Powiedział mi o tym dawno temu Hans Hellmut Kirst.
