Krew na czerwonym dywanie

grafika: Max Skorwider

Przyleciał, pogadali i odleciał. Tramp został niczym, a Putin zgarnął cała pulę, wypchał kieszenie pieniędzmi zgarniętymi z pokerowego stolika i uradowany wrócił do Moskwy. Co ciekawe, on już od samego początku wiedział, że tak będzie. Dlatego szedł po tym czerwonym, krwawym dywanie bardzo z siebie zadowolony. Przede wszystkim dlatego, że w końcu został wyciągnięty z politycznej izolacji i mógł pokazać się światu jako rozgrywający partię światowego pokera. I nikt nie był mu w stanie popsuć tej radosnej rozgrywki. Nawet dziennikarze zadający niewygodne pytania o mordowaniu ludzi w Ukrainie. Mógł spokojnie zignorować tę kwestię, rozkładając bezradnie ręce, bo wiedział, że tu nikt go nie ma zamiaru rozliczać z hektolitrów rozlanej Ukraińskiej krwi. Jego wielbiciel Trump nie zamierzał dawać mu do zrozumienia że jest zbrodniarzem. Wprost przeciwnie, pokazał że jest wielkim politykiem, z którym trzeba się liczyć. I on, prezydent USA liczy się tak bardzo, że po trzech godzinach rozmów nie ugrał niczego. Skąd to niby wiadomo? Wszystko zostało powiedziane między wierszami na konferencji po rozmowach. Na scenę wszedł zadowolony Putin i skonsternowany Trump. Zbrodniarz z Kremla przeczytał tekst przemówienia, które przywiózł ze sobą opowiadając bzdury na temat dobrego sąsiedztwa Ameryki i Rosji. Nie padło żadne wiążące słowo o przyszłym pokoju, a pewna kwestia zabrzmiała złowrogo: Nie może być mowy o pokoju, jeśli nie zostaną usunięte „głębsze przyczyny” wojny – powiedział Putin. Co to oznacza? A no tyle, że Ukraina powinna się poddać, bo Ukraińcy to bratni naród, który zapewne powinien poprosić o włączenie ich kraju w skład Federacji Rosyjskiej. Ale to jeszcze nie koniec „pierwotnych przyczyn”. Putin chciałby rownież, żeby NATO odsunęło się od jego granic, a dawne kraje socjalistyczne w Europie środkowej znalazły się w jego strefie wpływów. Wówczas być może „pierwotne przyczyny” by ustąpiły. Czyli właściwie to już powinniśmy się podać Moskwie, bo jeśli nie, to Putin będzie dążył za wszelką cenę do usunięcia tych przyczyn, by doprowadzić wreszcie do pokoju. Putin jak prawdziwy sowiecki człowiek po prostu walczy z całych sił o świtowy pokój.

A co na to Trump? Coś tam powiedział o rozmowach, jak zwykle posługując się komunałami i banałami. Nie powiedział nic o jakimkolwiek sukcesie negocjacyjnym prócz tego, że omówili kilka mniejszych i jakąś większa kwestię. I tyle, jeśli chodzi o ustalenia. Jest jeszcze coś. Teraz Zełenski powinien zawrzeć umowe z Rosją bo ta jest potężna – doradzał Trump. Czyli w zasadzie to niech Ukraina sobie jakoś radzi, bo co my możemy robić, mając do czynienia z takim przeciwnikiem. Mógłby jeszcze dopowiedzieć, że „umywamy ręce”.

Po konferencji nie było dalszego celebrowania sukcesu bo sukcesu nie było. W dyplomacji jest tak, że gdy dwie strony osiągną porozumienie, negocjatorzy idą razem na obiad, by jeszcze porozmawiać w mniej zobowiązującej atmosferze. Obiadu nie było więc nie było co wspólnie obgadywać i opijać. Putin wrócił do swojego samolotu na kanapki z kawiorem popijane Sowietskoje igrestoje, a Trump odjechał swoją Bestią na hamburgera i frytki w najbliższym McDonaldzie. Może za jakiś czas spotkają się w Moskwie, bo taką propozycję rzucił Putin. Do tego czasu Rosja jeszcze zrzuci kilka tysięcy bomb, wystrzeli kilka tysięcy pocisków i zabije kolejnych Ukraińców. A Trump po następnym spotkaniu będzie mógł doradzić Ukrainie, by ta poszła na ustępstwa, bo z Rosją nie ma żartów.

To chyba był najobrzydliwszy spektakl polityczny jaki kiedykolwiek ogladałem. Napuszony Tramp i wniebowzięty Putin na czerwonym dywanie. Najlepiej skomentował to swoją grafiką Max Skorwider, bo i co tu dużo gadać, ten obraz mówi wszystko. Jedno tylko jeszcze powiem. Jeśli Putin jest zadowolony, to znaczy, że osiągnął to co chciał a ten amerykański bałwan dał się zrobić w konia i oddał mu Ukrainę. Obym się mylił.

Dodaj komentarz